Przez Atlantyk – czternasty dzień wyprawy

Wczoraj kapitan ogłosił przez radiowęzeł, że w nocy zmienia się czas obowiązujący na statku. Cofnęliśmy zegarki o jedną godzinę. Z tego powodu rano przed śniadaniem było już prawie całkiem widno.

Rozmowy przy śniadaniu:

– Zjesz płatki?

– Eee, pewnie niedobre, takie jak z Tesco.

– A z Tesco to jakie?

– No że się tak rozciapują, rozmiękają w mleku.

– A to nie, te są odwrotnie, twarde cały czas.

– Hmmm, rzeczywiście.   Aż kaleczą zęby…

Jesteśmy na tej samej szerokości geograficznej co  Marakesz (marakesh – Maroko). Ale także na tej samej szerokości co Miami (USA), ale to zupełnie chyba nie na temat. Płyniemy z prędkością około 17 węzłów (knots). Co daje około 31 km na godzinę. Płyniemy jak ślimak. Ale za to jak wielki ślimak.

Morze jest nadal prawie płaskie. Dziś prawie wcale nie buja. Odczuwamy tylko wibracje i basowy, cichy dźwięk pracy silnika. Wieje lekki wiatr, a temperatura oscyluje koło 14 – 16 stopni. Z każdym dniem powinno robić się coraz cieplej.  Po lunchu prawie wszyscy poszliśmy na sjestę na leżaki na pokładzie. Jedni z kawą w ręku inni z książką zasiedli aby oddychać coraz cieplejszym powietrzem. Zbliżamy się do wysp Kanaryjskich. Liczymy, że może uda nam się złapać jakąś sieć telefonii komórkowej i wysłać kilka sms-ów do rodziny.

Pośród pasażerów po południu nastąpiło lekkie poruszenie. Zaraz potem byliśmy na pokładzie, gdzie Jens zauważył delfiny wypływające na powierzchnię przed lewą burtą statku. Co kilka chwil tafle wody przecinały ich płetwy grzbietowe, a czasem wypływały bardziej nad wodę. Trudno było je zliczyć, ale było ich na pewno kilka. Po jakimś czasie zniknęły, aby pojawić się po drugiej stronie kadłuba statku. Takie miłe urozmaicenie monotonii dnia. Staliśmy zachwyceni ich towarzystwem. Z pokładu na horyzoncie nie było widać żadnego innego statku.

Dziś na korytarzu przed  poznaliśmy bliżej Cezara. Cezar pochodzi z Filipin. Około 8 miesięcy w roku spędza na morzu. Wygląda na trochę po czterdziestce. Dekorował ozdobami świątecznymi przejście do jadalni. Moja droga żona trochę mu pomogła… Cezar ma u siebie w kraju również motocykl, Hondę, chyba 400cc, jeśli dobrze zrozumiałem. Pokazał zdjęcie, fajna czerwona maszyna. Podpytywał nas o naszą podróż.

Jutro Wigilia !

Napisz do nas
Facebook
YouTube