Argentyna – sto siedemdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy

z rodzina Firków

z rodzina Firków

Cały dzień, od rana pada. Może nie jest to rzęsisty deszcz, ale na pewno uniemożliwia nam dalszą jazdę. Popaduje, są częste przerwy, jest bardzo duża wilgotność powietrza.
Dziś kolejne prace przy motorze. Znaleźliśmy maleńki warsztat motocyklowy w Wandzie, gdzie naprawiliśmy nieszczęsny hamulec nożny w jednym motocyklu i poprawiliśmy stopkę, bo trochę trzeba było ją podspawać.

Mój mąż mówi, że już by chciał wyjechać z tego błota. W Misiones, jak pisaliśmy wcześniej jest czerwona ziemia, bardzo gliniasta. Mamy ubłocone motory, oblepione śliską ziemią łańcuchy i zębatki. Czerwona ziemia powłaziła pomiędzy sprężynę amortyzatora,  zakleiła bieżnik w oponach. Rozbryzgujące się podczas jazdy błoto oblepia chłodnicę. Masakra. Powłaziło we wszystkie zakamarki wahacza i trochę nam szkoda naszych maszyn, bo są straszliwie wymęczone w tym terenie. Polewanie wodą niewiele daje, trzeba mocno szorować, bo po zaschnięciu twardnieje i przykleja się jak farba.  A jeszcze niedawno w Buenos Aires, wymieniliśmy część elementów na nowe.

Popołudniu poszliśmy w odwiedziny do Państwa Firków, tym razem już z zapowiedzianą wizytą. Pani Anna przygotowała pyszne ciasto, raczymy się więc kawą i słuchamy kolejnych opowieści. Wzięliśmy ze sobą listę pasażerów Chrobrego, ale niestety żadne nazwisko nie jest znane naszym gospodarzom. Trochę nas to martwi, ale wygląda na to, że większość osób z naszej listy powędrowała do Paragwaju, tak jak rodzina Gracieli, z którą spotkaliśmy się na początku naszej wyprawy w Buenos Aires.

Potwierdza się też to, co podejrzewaliśmy. Upłynęło 75 lat od tego rejsu. To szmat czasu.   Coraz trudniej jest nam znaleźć osoby, którym nazwiska na liście coś mówią, z kimś się kojarzą. Pan Władysław czytając listę pasażerów przyznał to,  o czym myśleliśmy. Tym rejsem płynęło bardzo wielu Ukraińców z polskimi paszportami. Zagłębiając się w historię Polski i Ukrainy w latach trzydziestych XX wieku, wiemy że Ukraina jako państwo nie istniała, zawładnęło nią z jednej strony ZSRR, a z drugiej Polska.

To co potwierdza nam zarówno pani Anna, jak i wcześniej Graciela, nikt z przybyłych do Argentyny nie opowiadał o Polsce. Przypuszczamy, że musiał to być ciężki okres dla mieszkańców Podlasia czy Wołynia, bo z tych obszarów głównie przybywali emigranci.

To co nas wzrusza do łez, to ziemia z Wołynia, którą pan Władysław trzyma w butelce. Przywiózł ją 10 lat temu z Ukrainy, którą odwiedził podczas swojej pierwszej i jak dotąd jedynej wizyty w Polsce.

Słuchamy opowieści, jak ciężko było Polakom, którzy tu przyjechali na początku lat trzydziestych. Jak trudno im było „ujarzmić” nieznaną, czerwoną ziemię, jak wielu z nich uciekało z tych terenów, bo nie mogli dać sobie rady z upałem, później z dużą wilgotnością, owadami, brakiem lekarzy czy możliwości konsultacji.

Pan Władysław opowiada nam, jak jego rodzina przywiozła ze sobą kosę, sierp, hebel, siekierę. Ludzie wieźli ze sobą mnóstwo rzeczy, by tylko mieć na zagospodarowanie tutaj, ale wyobrażamy sobie, jak ciężkie to musiało być, te początki, gdy emigranci próbowali się tu „urządzić”.

SONY DSC

Pani Anna przytacza różne historie jak ciężko było uprawiać i gospodarować na tej czerwonej ziemi, bo w porze deszczowej było błoto, a w lecie ogromny kurz. Kurz tak wielki, ze jak się pranie wywiesiło, to całe czerwone było.

Słuchamy i słuchamy, aż wreszcie wieczorem zbieramy się do naszego hotelu. To bardzo poruszający dzień.

Napisz do nas
Facebook
YouTube