56 dzień wyprawy
Dzień zaczęliśmy jak najwcześniej się dało. Tuz przed 7, bo o tej porze rozpoczęto wydawać śniadania, które mieliśmy w cenie noclegu. Co do ich formy nie mieliśmy złudzeń że będą jakieś wypasione. I mocno się nie myliliśmy. Ale posilamy się sprawnie żeby nie tracić czasu na darmo. Dziś wszak wielki dzień przed nami…
Zatem, w ten wielki dzień wstajemy skro świt o 7.00. W hotelu gdzie jesteśmy od 7 podają śniadania, także stąd ta pora. Chcemy zjeść i jak najszybciej wyjechać w kierunku granicy Piedras Negras. Śniadanie, które na blokingu reklamują jako wyśmienite, to żałosne nachos z fasolą i odrobiną zielonej pasty. Są grzanki, masło i dżem, ale też jogurt i płatki, a na osłodę nawet całkiem dobra kawa. Piję dwie, zbieramy się sprawnie, jeszcze ostatni telefon do rodziny i jedziemy. 52 kilometry przed granicą robimy odprawę w Allende.


Pani w budce obfotografowuje nasz samochód, w szczególności VIN i w komputerze zaznacza, że opuszczamy kraj. Pan w innym budynku przybija nam pieczątkę wyjazdową i… już jedziemy w kierunku mostu granicznego. Jeszcze ostatnia opłata, 38 P peso i jesteśmy na moście, przejeżdżamy przez rzekę i stoimy w kolejce kilkutorowej do odprawy amerykańskiej. Po około 45 minutach podjeżdżamy do budki strażniczej. Przystojny barczysty celnik pyta czy mamy owoce, mięso albo broń. Zaprzeczamy. Na wszystkie wspomniane powyżej pytania.


Potem pyta, czy mamy permit. My, że nie. I już robi się nam gorąco. Od czasu kiedy znieśli wizy, można wjeżdżać robiąc wcześniej przez Internet ESTE. Mieliśmy ją przed Covidem, a teraz nie mamy. Krzysiek ma, ale ja nie, bo zmieniałam paszport. Stary stracił ważność. W związku z tym celnik kieruje nas do innego małego biura, gdzie miła pani wystawiam nam wizę na pół roku (hurra, tak jak chcieliśmy), zachęcając nas jednocześnie do zapłaty 12 USD. To jakaś opłata za lądowe przekraczanie granicy… No comments.
I już po chwili… Welcom to United States. Szczęśliwi wjeżdżamy do Stanów Zjednoczonych.

W pobliskim miasteczku odwiedzamy Walmart. Robimy zakupy spożywcze, jednocześnie stwierdzając, że jakoś przeżyjemy z naszym budżetem na jedzenie…


Zatrzymujemy się niedaleko, na teksańskiej drodze, a w zasadzie na jej poboczu. Robimy pierwsze w czasie tej wyprawy spaghetti. Podjeżdża do nas w międzyczasie policjant i pyta, czy wszystko w porządku. Wydaje się miły.

Wieczór i noc spędzamy na picnic area, czyli takim miejscu gdzie można piknikować. Jest ok. W nocy przyjeżdża policjant (chyba) stoi blisko ponad dwie godziny, ale nie przychodził, nie niepokoił nas, nie pukał w okna…
24.04.2023
———————————-



