57 dzień wyprawy
Wstajemy mniej wyspani niż byśmy chcieli. Ale nie ma tragedii. Pierwsza noc w USA była całkiem znośna. Skończyły się upały, można trochę odetchnąć, ale jest przyjemne ponad 25 stopni Celsjusza. Znowu zajeżdżamy pod Wallmart, tym razem 40 km dalej. Kurcze, niby człowiek wie, ale jednak odległości w tych Stanach są niesamowite. Dopiero to widać, jak się je pokonuje. Pod sklepem łapiemy Internet. Próbujemy coś zrobić z naszymi polskim numerami telefonów, bo nie działają…
Są one potrzebne do jednej, jedynej rzeczy, do kontaktu z bankiem, a właściwie do potwierdzania sms-ami różnych operacji bankowych. Długo walczymy, w końcu Krzysiek dzwoni przez Skype do obsługi klienta w Play. Znalazło się wyjście (którego staraliśmy się uniknąć), a mianowicie jednak trzeba włączyć transmisję danych.
Potem jemy szybkie śniadanie, jajka, ryż na mleku, kawa. Już po dwunastej. Tankujemy i zonk. Nie działają dwie różne karty płatnicze. Płacę w końcu gotówką. Paliwo kosztuje galon 3,39 USD, a galon to 3,79 litra. Więc cena całkiem fajna.


Jedziemy dalej do miejscowości Bandera. Oglądamy trochę miasteczko i oswajamy się z USA… Niestety atmosferę psuje wiadomość z aplikacji Revolut. Okazuje się że jedna karta została zablokowana. Trochę walczymy, ale na szczęście to Revolut, więc udało się ją odblokować. To przewaga nad bankową kartą, którą jak zablokują, to już koniec. Trzeba wyrabiać nową i przesyłać z Polski… Och te systemy….




Potem stajemy znowu na innej picnic area, jemy obiad, odpoczywamy, pijemy piwo, jedno na spółkę…. Krzysiek pada… Oglądamy film. Nie ma się gdzie śpieszyć… Relaks. Chillout… jest dobrze.
Nie trzeba nic. Nic nie trzeba. Nie trzeba każdego dnia zwiedzać, oglądać czegoś nowego, szukać wrażeń, a nawet nie trzeba robić zdjęć (choć ja i tak coś zawszę chcę uwiecznić….)
Noc przychodzi bardzo powoli…
25.04.2023
—————————–



