207 dzień wyprawy
Dzisiaj naprawdę bardzo udany, wspaniały dziań. Przede wszystkim poznaliśmy Brian’a i to jest pierwszy Amerykanin, który nas zachwycił. Chyba wszystkim. Ale do brzegu. Wczoraj podjechaliśmy pod warsztat wieczorem, znaleźliśmy małą alejkę i tam spaliśmy na noc. Rano podjechaliśmy na stację, dokonaliśmy niewielkiej toalety i wróciliśmy do warsztatu. Brian otworzył drzwi, zaprosił nas do środka, od razu poczuliśmy silną pozytywne wibracje, a do tego okazało się, że naprawdę zna się na rzeczy, wie co to Defender, jak ma działać i czemu właśnie tak. Z Brianem ciekawa historia. Najpierw jeździł na motocyklach, szykował się właśnie do rajdu Dakar, który odbywał się pierwszy raz w Ameryce Południowej. Niestety, podczas treningu na jakiś szutrach w lesie wyskoczył mu jeleń pod koło…

Brian był w śpiączce trzy dni, potem czekało go długie leczenie, a potem równie długa rehabilitacja. Spotkał jednak pasjonata Defenderów i właśnie wtedy zainteresował się tym autem, otworzył swój warsztat, specjalizujący się w takich autach a język jelenia, który wbił się przy wypadku w radiator, do dziś trzyma (zasuszony) w czeluściach swoich narzędziowych szaf.
Poznajemy też Tony’iego, afroamerykanina (tak, jesteśmy bardzo poprawni politycznie) i przesympatyczny człowiek, który wybiera się swoim Defenderem do Ameryki Południowej, ale to w przyszłym roku.
W każdym razie Krzysiek w zasadzie sam wyregulował zawory, Brian dał mu kilka wskazówek, dwa szczelnomierze do zaworów, to długa opowieść o tym jak regulować zawory, więc ją tu pominę. W każdym razie zmieniliśmy jeszcze olej, Brian mówi że filtra nie trzeba przy każdej wymianie, zwłaszcza jak się codziennie jeździ (używa auta i jak silnik pracuje)

Na koniec wymienił nam jeszcze filtr (kupiliśmy kiedyś nie do tego modelu i bez sensu wozimy ze sobą), sprzedał łożyska do kół. Po konsultacji problemów ze sprzęgłem, smarujemy pedał i tak musi wytrzymać ;). Ale co ciekawe skasował nas tak niewiele jak na amerykańskie warunki, że aż nam było głupio, czuliśmy się bardzo, bardzo miło. Warto po prostu dodać, ze nic nam za robociznę nie policzył…
Uściskaliśmy się serdecznie i ruszyliśmy do Bremerton na prom do Seattle.
Prom to niezapomniane wrażenie, w ogóle przypłynięcie do dużego miasta stwarza możliwość spojrzenia z perspektywy na miasto. To właśnie zrobiliśmy i naprawdę bardzo nam się spodobało. Krótka rundka po mieście, dużo wieżowców, rozległe to miasto, ogromne korki, duży ruch. No i drogi bardzo strome, bo miasto jest posadowione na takich wzgórzach, że dużo dróg ma naprawdę strome podjazdy.
Potem jeszcze Fred Meyer, czyli zaczęliśmy polowanie na nasze ulubione lody, w tym markecie zrobiliśmy drobne zakupy i udaliśmy się na poszukiwanie wspaniałej miejscówki na nocleg…
22.09.2023
———————————




