229 dzień podróży
Wstajemy rano skoro świt. Słońce ledwie wyszło zza gór. Nawet nie jemy śniadania. Ja tylko wymusiłam na mężu poranną kawę, bo przecież jak się ruszyć bez kawy? (Normalnie…) Szybko wypijam i już 7,30 jesteśmy w trasie. Jedziemy prosto do Las Vegas, przejeżdżamy przez Mojave, szybko jesteśmy na autostradzie nr 15. Już po 10.00 wjeżdżamy do Las Vegas. Miasto robi trochę przygnębiające wrażenie. Pustynne tereny, niska zabudowa. To na wjeździe. Potem wjeżdżamy do centrum i nie jest dużo lepiej. Kicz goni kicz. Ale przynajmniej jest rozmach. Przy tabliczce „Welcome to fabulous Las Vegas Nevada” kolejka do zdjęcia. Oczywiście olewamy stanie w kolejce i ustawiamy się obok. Z innymi ludźmi w tle robimy zdjęcie. Nie ma co kłamać. Pod tabliczką jest pełno ludzi, po co udawać, ze jesteśmy tam sami?





Potem tankujemy auto. Na szczęście jesteśmy już w Nevadzie i diesel nie jest po 7 USD za galon, tylko 4,5 USD. Tak można zyć… Z okien samochodu podziwiamy chwilę miasto, przejeżdżając do upatrzonego wcześniej hotelu. Chcemy zobaczyć, czy parking jest ok. dla naszego auta (wysokość, dostępność dla osób z zewnątrz). Generalnie chcemy skorzystać z niższych cen od poniedziałku do czwartku i wtedy zarezerwować dwa dni. Bo chcemy to Las Vegas trochę pozwiedzać, zwłaszcza gdy zapadnie zmierzch i rozświetli się ono milionem kolorowych lampek.

Wreszcie nadchodzi pora by jechać do lokalu wyborczego, który mieści się w polskiej szkole na terenie parafii Our Lady of Las Vegas.
Tam spełniamy swój obywatelski obowiązek i oddajemy głos. Na rudego Niemca, bo mamy listę warszawską.


Potem czekamy aż dojadą Jarek Woćko i Marta, bo jesteśmy z nimi umówieni. Nareszcie możemy się spotkać, bo do tej pory tylko on –line rozwijała się nasza znajomość. Czekając spotykamy wielu Polaków, którzy przyjechali głosować. Między innymi ekipę radia Zet, Adama, który specjalnie przyjechał na głosowanie z Salt Lake city (400 mil, czyli prawie 700 km). Adam to chemik, już po doktoracie, teraz profesura, czego mu życzymy… Potem przychodzą dwie pary, ubrane jak z Las Vegas… czyli dzwony, łańcuchy, kolory z bajki. Okazuje się , że jedna para właśnie wzięła ślub. O… i tak się trzeba bawić. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie…

Potem już gadamy z Jarkiem i Martą i nie możemy się rozstać, tyle do omówienia, tyle odkrywania wspólnych znajomych, kontaktów, relacji. Fajnie. Łapiemy dobre wibracje.
W upale wyjeżdżamy z Las Vegas, robimy szybkie zakupy w Walmarcie. Obżeramy się lodami i mamy wrażenie, że to nasz dzisiejszy obiad. Stajemy na nocleg tuż przed Valley of Fire, czyli Doliną Ognia. Jutro może treking jakis… tymczasem przy krótkiej wizycie w drobnych krzakach „za potrzebą” przebiega drogę całkiem spory, włochaty pająk. No wystraszył mnie okropnie.
Jemy obiad, dziś spaghetti znowu, na deser trochę winogron. Myjemy się, odpalamy prysznic.. jest dobrze. Pusto, cicho. Blisko, za górką rozbili się z namiotem inni turyści, ale raczej miejscowi..

Kurcze, jaki fajny dzień. Choć i tak jesteśmy prawie pewni, że te wybory będą sfałszowane. Nie ma nadziei.
14.10.2023



