761 dzień wyprawy
Wielki dzień. Jadę dziś z Iwoną do Ensenady. Krzysiek zostaje a my na koncert. Przede wszystkim Chico Trujillo, mój ulubiony zespół z Chile. Chillijska Łumbia. O 12 wyjeżdżamy lunch w Muelle 3, hotel przypomina lata 80, ale za to widok piękny na całą zatokę i wycieczkowce.

W ulubionej kawiarni odkrywam plakat z zaproszeniem na koncert. Niemożliwe. Ktoś gra Chopina w Ensenadzie. Muszę to usłyszeć. Ogarniamy się więc szybko, lokalizuję miejsce gdzie grają i kupuję bilety. W ogóle to cudowne bo w Meksyku mam coś taiego, że kompletnie nie zajmuje się pieniędzmi .Wiem, że 20 peso to jeden dolar ale czy coś kosztuje 10, 300 czy 3000 to jakoś tak troszkę bez znaczenia. Bilety na koncert chopinowski to 300 peso od osoby, taniej niż na Chico Trujillo, które kosztowały 440 peso.

W każdym razie przeżycie chopinowskiego koncertu zwala z nóg, chilijski pianista Santiago Pinerua gra pięknie wszystkie preludia, dwa mazurki i Grande walz. Usatysfakcjonowana jestem bardzo.

Potem szybko zmieniamy miejsce z CEAT do Riviera de Ensenada. To po drugiej stronie skrzyżowania, ale po ciemku to przejeżdżamy autem. Wpuszczają już, ale wiem, że koncert na pewno nie odbędzie się o czasie. Czekamy prawie dwie godziny. W końcu na scenę wychodzi czworo z bandy Chico Trujillo Szaleństwo. Tańczę aż do siódmych potów… niestety grają bardzo krótko, chyba z 45 minut, max 50. Mało mało!. Trochę smutno trochę rozgoryczenia, ale trudno. Trzeba się cieszyć z tego co jest.


Zmęczone i padnięte wracamy do hotelu.
29.03.2025




