Ranek nie był taki chłodny jak wczoraj. Jajecznica na cebulce to nasze dosyć standardowe śniadanko, w towarzystwie wyłaniającego się słońca. Postanowiliśmy po śniadaniu, że jednak jedziemy dalej, w kierunku Mendozy. Przy wyjeździe z Malarque tankujemy wszystkie dodatkowe zbiorniki, bo otrzymaliśmy informacje, że może być problem z następnym tankowaniem. Wyjeżdżamy z miasta, a po lewe stronie na horyzoncie widać ośnieżone szczyty Andów. Dziś nie wieje tak mocno, robimy sesję fotograficzną na trzytysięcznym kilometrze Ruta 40, którą w dużej części przemieszczamy się po Argentynie.
o drodze zmieniamy lekko trasę i zamiast prosto do Mendozy kierujemy się do San Rafael, bo 40 jest w fatalnym stanie, a dziś nie mamy ochoty na szuter.

Robimy krótką przerwę w przydrożnym barze. Tak, tak, tu się trochę pozmieniała na południu, jest troszeczkę lepsza infrastruktura. To znaczy ze są jakieś bary/sklepy co jakieś 50 kilometrów… Tutaj spotkała nas niespodzianka. Po raz pierwszy spotkaliśmy Rosjanina w Ameryce Południowej. Młody rowerzysta, prosto z Moskwy, podróżuje sobie od Alaski po Ushuaia. Rozmawiamy po angielsku. Jakie to dziwne, uczyć się tyle rosyjskiego za młodu, a teraz niewiele, a nawet bardzo niewiele pamiętać. W każdym razie nie na tyle, żeby swobodnie rozmawiać. Musimy zostać przy języku angielskim.Jedziemy więc Ruta 144 i dojeżdżamy do San Rafael. W centrum miasta znajdujemy informację turystyczną. Wjechaliśmy już w rejon intensywnej uprawy winorośli i oliwek.

Po posiłku na ławeczce w parku, pierwsze kroki kierujemy do muzeum przy funkcjonującej fabryce oliwy z oliwek. Oczywiście kupujemy buteleczkę z pierwszego tłoczenia na zimno. W muzeum oglądamy maszyny i narzędzia z historii produkcji oliwy.Dostrzegam też coś, co przykuwa moją uwagę. Jakiś dżem z Alcayota. Co to jest? Okazuje się że to taki owoc, pomieszanie arbuza z grapefruitem. Chcemy spróbować i próbujemy. Smakuje jak miód, ale o konsystencji grapefruita. Słodkie. Słodkie straszliwie.

Wieczorem trochę się męczymy bo odwiedzamy trzy kampingi, które swoją ceną nas przerażają. Przyzwyczailiśmy się już do niższych cen. Pomimo jesiennej aury ceny na campingach nie spadły tu drastycznie. Może Mendoza to po prostu bardzo turystyczny region…
Na campingu zaczepił nas Niemiec z długimi, siwymi kręconymi włosami. Całe białe te jego włosy. Przyjechał na rowerze i patrzy i mówi „Polonia?” Przytaknęłam i pytam, czy to dobrze czy źle. On na to, że źle, bo jest Niemcem. Odparłam, że w sumie mogło być gorzej, bo mógł być Rosjaninem. Jak widać, jednego dnia spotykamy naszych dwóch sąsiadów. I Rosjanina i Niemca. Hmmm.. Czecha brakuje do kompletu, ale to pewnie już w ogóle nie jest łatwe, by go tu spotkać..Kolacja dziś warzywna.




