Boliwia – dzień 249

Dzień dwieście czterdziesty dziewiąty 30.05.2019

Budzę się po piątej. Boli brzuch. Zatrucie. W toalecie spędzam znaczną część czasu. Najpierw rozwolnienie, potem wymioty. Nie wiadomo jak to się stało, bo tylko mnie złapało. Pedro i Gladys są zaniepokojeni. Dają mi sodę, po której natychmiast wymiotuję. Potem poją mnie jakimś ciepłym napojem z jabłkami. Oczywiście to też oddaję honorowo, ale dopiero po 2 godzinach. Żołądek boli poważnie. Czuję się bardzo, bardzo słaba. Podejmujemy decyzję, że nie możemy spędzać czasu w domu Pedro i Gladys bo nas wykończą swoją nadopiekuńczością, trudno odmówić różnym napojom, a później posiłkom, którymi nas raczą… Mówimy, ze musimy zjechać niżej i jedziemy do La Paz, niżej od El Alto o 500 metrów… Wynajmujemy przepiękny pokój z widokiem na miasto (o wdzięcznej nazwie El Madrid). Ląduję w łóżku z białą pościelą i rozkoszuję się widokiem na plac Plaza Murillo. Przepiękny widok z 5 piętra. Nie jest tanio, ale wkrótce dzień dziecka, to może jakoś damy radę… wymówka jest…

Krzysiek idzie do fryzjera, robi zakupy. Wracamy do starych dobrych bułek z masłem i żółtym serem. Dosyć eksperymentów na jakis czas z kuchnią boliwijską…