Dzień czterysta dziewiętnasty 16.11.2019r
Poznaliśmy już mnóstwo ludzi z Valladolid i okolicy. Z wieloma zaprzyjaźniliśmy się. Jesteśmy już często rozpoznawani na ulicy i mamy swoje ulubione miejsca. W dniu dzisiejszym czekała nas kolejna przygoda i nowe doświadczenia. Zostaliśmy zaproszeni przez Mercedes i jej rodzinę na finkę. Finka, to nic innego jak gospodarstwo na wsi. Jednak bardzo różni się od naszych wyobrażeń z Polski, czy Europy.
Droga do finki nie jest długa, chociaż końcowy odcinek odbija mocno w górę i nawet auto z napędem na cztery koła ma lekkie kłopoty z podjazdem. Malowniczo położony duży drewniany dom został zbudowany około 60 lat temu przez seniora, który już niestety nie żyje od kilkunastu lat. Miejsce to jest centrum spotkań dużej rodziny która z biegiem lat zamieszkała w okolicznych miasteczkach i pobudowała swoje domy.
Zaskoczeniem jest dla nas ogromna kuchnia z rozpalonym na klepisku ogniem nad którym suszą się spore kawałki mięsa. Okaże się później, że jest bardzo pyszne i kruche. Jesteśmy niesamowicie mile przyjęci i wraz z Łukaszem zwiedzamy cały dom, pełen mnóstwa przeróżnych ciekawych zakamarków i zakątków. Chyba specjalnie dla nas gospodarze przyrządzili lokalny przysmak, czyli mrówki…
Spore owady pozbawia się głowy i kończyn, a następnie smaży na patelni z odrobiną masła i soli. Nie powiem, niektórzy próbują, ja jakoś nie bardzo jestem do tego smakołyku przekonany…
Oglądamy sporo albumów, zjeżdżają się kolejni członkowie rodziny i wreszcie zasiadamy do stołu. Wszystko jest pyszne, zwłaszcza mięso, juka i zupa bardzo podobna do naszego rosołu, tyle że z oregano. Na deser na stole lądują lody i ogromne kremowe ciasto. Jesteśmy niesamowicie „oczarowani” gościnnością gospodarzy. Dobrze, że wcześniej wielu z nich gościliśmy na plebanii w Valladolid na różnych kolacjach i obiadkach 🙂
Wylewnie żegnani opuszczamy to fajne miejsce i ludzi licząc, że spotkamy się jeszcze….
———————————-











