Przez Atlantyk – Dzień 29

Dzień dwudziesty dziewiąty – 22.10.2018

Jest bardzo prawdopodobne że w czwartek będziemy w naszym pierwszym brazylijskim porcie – Vitoria. Dziś poniedziałek, więc praca na statku wre. Po przestawieniu czasu kolejną godzinę do tyłu, dla nas doba znowu się wydłużyła. Ale załoga robi swoje. Wracając do sekstansu, o którym rozmawialiśmy wczoraj,  to urządzenie które służy  do określania położenia. Właśnie je dziś oglądam, niestety nie ma możliwości zdefiniowania swojej pozycji, bowiem jest bardzo pochmurny i mglisty dzień. Nie widać słońca, nie widać gwiazd ani księżyca. Jest to bardzo deprymujące. Oglądam za to sekstans, jest w drewnianym pudełku, czarne lśniące urządzenie z dwoma lusterkami, jedno mniejsze, drugi większe, do tego zestaw filtrów, żeby móc bez problemu patrzeć na słońce. Poniżej lusterek znajduje się coś w rodzaju zakrzywione linijki z podziałką i różnymi cyferkami…

Można też określić jaka jest odległość pomiędzy dwoma obiektami, oczywiście jeżeli tylko linia horyzontu jest widoczna.

Siedzę na mostku i piszę kolejny tekst. Kawa jest mocna, świat piękny. I to są realne sytuacje które się dzieją. Jest fantastycznie. Nic nie goni, nic nie popędza. Nic nie pędzi. Może czas trochę. Kapitan na przykład mówi, że mu się tu nie chce być, bo chciałby być w domu z żoną i z dzieckiem. Ale ja myślę, że to trochę ma swoje plusy.

Dla mnie czas tutaj jest po prostu perfekcyjny.

Ale nie dla wszystkich pasażerów podróż tego rodzaju statkiem jest przyjemnością. Pisałam już wcześniej, że Isabelle,– szwajcarska specjalistka od akupunktury i masażów, sześćdziesięciojedno letnia kobieta, o sylwetce średnich rozmiarów, ze zgrabnymi nogami i wyraźnie klocowatym korpusem, podwójnym podbródkiem , krótkimi kręconymi włosami, raczej posiwiałymi, powiedziała, ze nigdy się już nie zdecyduje na podróż statkiem Ro-ro. Po pierwsze jedzenie jej nie smakuje, za dużo niezdecydowanych smaków, nie ma włoskiego kucharza, w związku z tym pasta jest niedobra (no, może trochę ten makaron nie jest al dente), że nie ma ludzi, że nie ma komfortu. Tak sobie myślę, że chodzi o to że nikt się nią nie zajmuje i tu leży pies pogrzebany. Isabelle potrzebuję dużo atencji i zrozumienia, zainteresowania się jej osobą i rozmowy. Akceptacji. Jest pomocna i uczynna, ale niezwykle absorbująca. Zresztą Isabelle zdecydowała się na podróż ro-ro tylko dlatego, że jest to jedyna opcja, by podróżować razem z samochodem. Tylko Grimaldi daje taką możliwość.

Evelyne, szwajcarska nauczycielka francuskiego, również podziela zdanie Isabelle, że jednokrotna podróż statkiem ro-ro w zupełności wystarczy. Z nią jest tak naprawdę sprawa dosyć zawiła. Jest niezwykle szczupła. No, może normalnie szczupła, dosyć wysoka, ma około 1,7 m, czarne, kręcone włosy i w ogóle nie widać, że są farbowane (a przecież muszą być). Evelyne jest po sześćdziesiątce. Na jej twarzy odznaczają się wyraźnie widoczne, mocno wyryte zmarszczki (A Emilka mi zawsze powtarza, że u otyłych ludzi, którzy mają dużo tłuszczu, zmarszczki są praktycznie niewidoczne…).

Evelyne jest zawsze ubrana w długie spodnie, pomimo upałów nigdy nie ubrała jeszcze krótkich spodenek. Ma smukłe dłonie z długimi palcami i zawsze z pewną wyuczoną elegancją trzyma sztućce. W zasadzie widujemy ją tylko podczas posiłków. Nie wypowiada się zbyt wiele. W ogóle nie mówi o sobie. Potrafi konwersować z każdym o kompletnie niczym. Evelyne pachnie zawsze delikatnie, niezauważalnie. Kiedyś spotkałam ją rano na podkładzie, tuż po śniadaniu. Stałyśmy tak, że wiatr wiał prosto na mnie, ona tuż przy mnie więc poczułam jej zapach, inny niż zazwyczaj. Powiedziałam, „oo, nowy zapach..”. Spojrzała na mnie przepraszająco i odpowiedziała, „tak się staram, żeby zbyt mocno nie pachnieć, ale dziś mi nie wyszło, a to takie nieeleganckie”. Dokładnie wiem, co ma na myśli (chociaż zawsze mogę się mylić).

Zwykle chodzi w bluzeczkach polo, lub przyjemnych, wysokiej klasy t-shirtach, na których często występuje motyw drzewa. To jakoś tak ją wyróżnia. Mówi, że lubi drzewa.

Podróżuje z Tomem. O nim wiem jeszcze mniej. Może tylko tyle, że był pilotem na małych samolotach. Tom ma specyficzne poczucie humoru. Jest lekko zgryźliwy, lekko złośliwy, ma cięty dowcip i stara się delikatnie podporządkować sobie Evelyne. Ona mu przynosi herbatę do śniadania, otwiera mu słoik z miodem, po posiłku robi mu kawę. Wydaje się, jakby on dla niej nie robił nic, trochę tak po prostu nie dbał o nią. Ale zawsze to może być tylko wrażenie. Absolutnie subiektywne.

Także o Tomie nie wiadomo nic więcej. Oboje zajmują apartament, tuż obok kabiny kapitana i nic nie wskazuje na to, że są małżeństwem. Nie wiadomo ile są ze sobą razem. Tego nie dopytaliśmy. Wiadomo tylko, że wiele czasu spędzają w apartamencie (sypialnia plus living room), zazwyczaj wynoszą tam termos z ciepłą wodą, także coś tam sobie przygotowują. Evelyne dużo czyta (o Tomie w tym obszarze też nic nie wiadomo), jedną książkę na dwa trzy dni, przy czym mówi cały czas, że nie jest to beletrystyka, tylko ciekawe, prawdziwe rzeczy, na przykład opinie na temat teorii Darwina.

Podróżują specjalnie przygotowanym na tą wyprawę samochodem, duży, przerobiony kamper na bazie ciężarowego Iveco około 6 ton, którego nazywają Gryzzligloo. Ot taka nazwa własna.   Specjalnie przygotowana kapsuła pozwala na podróżowanie absolutnie niezależne i komfortowe. Do cywilizacji może trzeba wracać raz  w tygodniu, w zależności od zużycia wody. Mają zbiornik na wodę 150 litrów, niezależny system zarządzania energią elektryczną, panele solarne które dostarczają wystarczająca ilość energii, aby zasilać potrzebne urządzenia.

Auto jest absolutnie nowe nowiuśkie i jak mówi mój mąż jest poza zasięgiem naszych finansowych możliwości. Zresztą inni pasażerowie mówią, że również poza ich zasięgiem… Oj tam, oj tam. Może ktoś kiedyś nam podaruje takie auto. Why not.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.