Nadeszła wiekopomna chwila. Po długich godzinach oczekiwania w zimnym hotelowym pokoju (choć na szczęście zmieniliśmy pokój na mniejszy i z ogrzewaniem na ostatnią noc), doczekaliśmy wreszcie się naszego statku. Rano o 8.00 zadzwonił budzik. Pierwsze co zrobiliśmy, to sprawdziliśmy w Internecie na marinetrafic nasz statek. Udało się ! jest! Grande Amburgo stał w porcie w Montevideo, według danych internetowych. Ubraliśmy się, spakowaliśmy się i ruszyliśmy na parking. Na szczęście dla nas parking okazał się być bezpieczny.
Trochę się martwiliśmy, bo zostawiliśmy motory z całym ekwipunkiem, z sakwami, z workami. Co prawda przykryliśmy je pokrowcami, ale co to za ochrona!? Pomyślnie dla nas, cały bagaż był nienaruszony i spokojnie mogliśmy jechać w stronę portu. Spokojnie przejechaliśmy trzy przecznice, zaczął się poranny ruch i był spory tłok na drodze.
Dojechaliśmy do bramy, zatrzymaliśmy się i już widzimy parę machającą do nas. Okazało się że to Suzi i Ruedi z Australii i częściowo ze Szwajcarii (są multinarodowi, mają domy w dwóch krajach). Obok druga para ze swoim zaparkowanym obok camperem. TO nasi najbliżsi towarzysze podczas rejsu. Witamy się i czekamy wspólnie na agenta, który za paręnaście minut przyjechał. Okazało się że to Fabrizio, ten sam młody człowiek, który prowadził naszą odprawę, kiedy przyjechaliśmy do Montevideo.
Wszelkie formalności nas, motocyklistów w zasadzie nie obchodziły. Samochody pojechały na rentgen, a my czekaliśmy. Celnicy zabrali tylko nasze pozwolenia na motory i nic więcej. Podjechaliśmy pod statek i czekaliśmy jeszcze około godziny na możliwość wjazdu do środka.
Najpierw wyjechali pasażerowie, którzy przyjechali Grande Amburgo do Montevideo. Włosi i Niemcy. Pierwsze o co pytamy, to czy kucharz jest ok. To nas najbardziej interesuje…
Ze statku wysiadł jeszcze Gonzales – ten sam cargo agent, którego poznaliśmy podczas pierwszego rejsu, podczas postoju w Zarate i później spotkaliśmy się ponownie, gdy wysiadaliśmy z Grande Amburgo w Montevideo. Gonzales jest motocyklistą, jeździ Honda Translapem. Przywitaliśmy się serdecznie. To miłe spotkać „starych znajomych”.
Przyszła wreszcie chwila wjazdu na statek. Po metalowym trapie wjechaliśmy na poziom szósty i zaparkowaliśmy motocykle. Dobre wiadomości, które już od spotkania z pasażerami mieliśmy to takie, że jest nas tylko trzy pary pasażerów. Dzięki temu, że nas tak niewiele, mamy kabinę z oknem. Dzięki Bogu nie musimy spędzać rejsu w „norce” bez okna.







