110. Połykamy kilometry czyli pierogi w Kanadzie

110 dzień wyprawy

Wspaniale wyspanym być. Wstajemy po 8.30 przemieszczamy się do miasteczka Hinton. Tam pod Walmartem robimy naleśniki i cacao. Nietety Walmart dużo słabiej zaopatrzony i mniejszy. Nie wiadomo czy my coś tu w tej Kanadzie dobrego upolujemy….

Jedziemy już drogą 40 na Alaskę. W kierunku Alaski… A najpierw jednak Tuktukoyak w Kanadzie. Czyli dwa punkty odwiedzamy tak zwanego okręgu podbiegunowego. Co rano Krzysiek wstaje i mówi, trzeba wstawa i jechać na Alaskę…

Taki widok rano z okna, tuż po przebudzeniu.
Naleśniki i kakao, to jest śniadanie…

Teraz już tak bardziej namacalnie się zrobiło, bo pierwsze oznaczenie Alaska na trasie.

Jedziemy i jedziemy. To było wiadome, że Kanada będzie „jeżdżąca”. Dużo jeżdżenia, dużo kilometrów połykanych każdego dnia.

Wjeżdżamy do miejscowości Gran Cache. Chwilę przeznaczany na wizytę w Visitor Center. W większości takich miejsc poza informacją turystyczną są także niewielkie ekspozycje, gdzie można dowiedzieć się trochę o regionie. W tym wypadku podziwiamy lokalne wypchane zwierzęta (np. sowę) czy dowiadujemy się więcej jak i z czego żyli tutaj wcześniej mieszkańcy. Okazuje się, ze głównie z kłusownictwa zdobywając skóry i futra, później nimi handlując. Równolegle powstawały też kopalnie, gdzie wydobywano to, co ziemia podarowuje.

Przez chwilę wahamy się, czy by jakis futer nie kupić, ale w końcu wygrywa rozsądek… przecież przewóz przez granice mógłby być trudny… co najmniej trudny , jeśli nie zabroniony.. I co ? Wyrzucę futro lisa srebrnego? Albo wiewiórki?

Dojeżdżamy do Grand Praire. Walmart znowu nas zaprosił na zakupy, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Poza czereśniami, które kupujemy korzystając z tego, ze są po 5,37 CAD (dolara kanadyjskiego), odkrywamy też pierogi. Mrożone. Podobają nam się postanawiamy zaryzykować. Z tyłu za sklepem odpalamy kuchenkę i sprawdzamy co to za kanadyjski wynalazek – pierogi… Przysmażamy cebulkę i naprawę muszę przyznać, ze całkiem doby smak. Ni to ruskie, ni to z ziemniakami.. Całkiem dobre. Korzystając z odpalonej kuchenki gotujemy jeszcze 6 jajek, zawsze mogą się przydać.

 Jedziemy jeszcze z 70 km dalej i dojeżdżamy na dziką miejscówkę nad jeziorem. Tu postanawiamy zostać, pomimo że miliony komarów. Słońce nie chce zajść. O 22. 30 ciągle jest pomarańczowa poświata, ognistej kuli, ,która dopiero co się schowała za drzewami i horyzontem.

17.06

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.