Śladami potomków emigrantów MS Chrobry

Chrobry1

Kiedy zdjęcie statku MS Chrobry zainspirowało nas do poszukiwań potomków pasażerów, którzy wyemigrowali do Ameryki Południowej, nie wiedzieliśmy jeszcze, że te nasze prywatne śledztwa,  pochłoną nas do reszty. Nie przypuszczaliśmy nawet, jak dużo informacji jesteśmy w stanie zdobyć, a jednocześnie na jak wiele natrafimy przeszkód podczas naszych poszukiwań.

Chrobry był ostatnim statkiem wybudowanym specjalnie dla Polski. Na zlecenie firmy Gdynia America Line (GAL) został zbudowany w duńskiej, dziś już nie istniejącej stoczni Nakskov. Budowa trwała dwa lata – od stycznie 1937 roku do lutego 1939 roku, kiedy to odbyło się wodowanie statku i pierwsze próby na morzu.

Kiedy zdjęcie statku MS Chrobry zainspirowało nas do poszukiwań potomków pasażerów, którzy wyemigrowali do Ameryki Południowej, nie wiedzieliśmy jeszcze, że te nasze prywatne śledztwa,  pochłoną nas do reszty. Nie przypuszczaliśmy nawet, jak dużo informacji jesteśmy w stanie zdobyć, a jednocześnie na jak wiele natrafimy przeszkód podczas naszych poszukiwań.

Chrobry był ostatnim statkiem wybudowanym specjalnie dla Polski. Na zlecenie firmy Gdynia America Line (GAL) został zbudowany w duńskiej, dziś już nie istniejącej stoczni Nakskov. Budowa trwała dwa lata – od stycznie 1937 roku do lutego 1939 roku, kiedy to odbyło się wodowanie statku i pierwsze próby na morzu.

PODŁOŻE HISTORYCZNE

Argentyna stanowiła drugi po Brazylii kraj w Ameryce Południowej, gdzie osiedliło się najwięcej polskich emigrantów. Polacy przybywali tu po kolejnych powstaniach: listopadowym, styczniowym, Wiośnie Ludów.  Po pierwszej Wojnie Światowej Argentyna była jednym z pierwszych krajów, które uznały niepodległość Polski.

W międzywojennej Polsce były silne dążenia do umocnienia naszego kraju jako państwa kolonialnego. O co mogło chodzić? Do dziś zadajemy sobie to pytanie. Może Piłsudski myślał, ze lepiej mieć jakieś terytorium „na zapas”, może posiadanie koloni w Ameryce Południowej dodawało prestiżu Polsce? Nie wiemy.

Wiem natomiast, że starania Polski o terytoria zamorskie były realne i na nich opierała się nasza polityka zagraniczna z państwami Ameryki Południowej. MSZ międzywojennej Polski, chciało za państwowe pieniądze stworzyć prężne pod względem gospodarczym i politycznym skupiska Polonii w Ameryce Południowej. W 1936 roku powołano do życia Międzynarodowe Towarzystwo Osadnicze, które dzięki działalności spółki Compaña Colonizadora del Norte realizowało plany MSZ w Argentynie. Miało być jednym z narzędzi MSZ w prowadzeniu polityki osadnictwa polskiego w Argentynie. Zastanawialiśmy się cały czas po co powstało takie Towarzystwo. Czy chodziło o wysiedlenie Ukraińców z polskich terenów Wołynia i Podlasia? Pytania się mnożą i mnożą. …

Międzynarodowe Towarzystwo Osadnicze Spółka Akcyjna (MTO), którego kapitał
ustalony na pół miliona złotych w 50% pokrył Państwowy Bank Rolny, a w drugich 50%
MSZ (poprzez udział Polskiej Kasy Opieki i Banku Gospodarstwa Krajowego) kultywowało działalność wykupu ziemi w Argentynie, a później sprzedaży jej polskim rolnikom .

Edward Kołodziej w książce pt. „Wychodźstwo zarobkowe z Polski 1918-1939” za najambitniejszą próbę „kolonizacyjną” II RP uważa sprawę założenia kolonii na pograniczu brazylijsko-argentyńskim w prowincji Misiones. Emigranci z Polski mieli tam zasiedlić zakupione przez rząd polski grunty (docelowo 400 tysięcy ha), na których znaleźć się miało 12 tysięcy rodzin, czyli około 45-50 tysięcy osób. W latach 1930-1938 do Argentyny za pośrednictwem Companii Colonizatora del Norte mającej licencje na prowadzenie akcji, kolonizacyjnej w Misiones, wyjechało około 5-8 tysięcy osób.

 Misiones to ziemia zamieszkiwana przez Indian Guarani, w XVIII wieku przybyli tu Jezuici i zakładali misje, w których tworzyli osady, dzięki którym Indianie Gruarani przetrwali, zachowali swój język, kulturę i zwyczaje. W 1768 wypędzono Jezuitów z tego obszaru i przez wiele lat region ten stanowił „ziemię niczyją”, gdzie panowała anarchia, gwałt i przemoc. Granice miedzy Paragwajem a Argentyną ustanowiono w 1876 r, a między Brazylią i Argentyną w 1895r.

Zebrane przez nas informacje mówią też o tym, że rękami emigrantów rząd Argentyny chciał zrobić porządek na tych ziemiach, gdzie panoszyli się Indianie Guarani i przestępcy.

Polskie rodziny przypływały na statkach z Gdyni do Buenos Aires, a później do Misiones. W latach 1936-1938 największe rzesze Polaków (ponad 22 tysiące) przybyły do Argentyny przede wszystkim z kresów wschodnich: z Podlasia, z Wołynia.

Według naszych ustaleń ludzie ci myśleli, że płynęli do Ameryki, która była w świadomości wielu taką ziemią obiecaną. A Ameryka to przecież Ameryka, nieważne czy północna czy południowa…

W każdym razie pierwsi osadnicy, wylądowali w Argentynie raczej przypadkiem, a było to jeszcze przed I Wojną Światową.  Ludziom tym umożliwiono gospodarowanie na ziemi w Misiones głównie za sprawą gubernatora Lanusse.

Listy, które emigranci wysyłali do swoich rodzin spowodowały zapalenie kolejnych światełek nadziei u tych, którzy zostali na terenach zaborów. Wkrótce obok Apostoles założono nowe miasteczka,  takie jak Azary, San Jose, Corpus Christi. Cerro Cora, Guarany, Polana, Campo Grande, Campo Verde, Wanda i Lanusse.   Przybywali tam głównie rodziny narodowości polskiej lub ukraińskiej.

Rolnicy w Polsce, szczególnie na obszarze kresów wschodnich, poddawani byli silnej propagandzie. Na tym terenie aż iskrzyło od agentów, którzy namawiali do wyjazdu do Ameryki. W rodzinach ukraińskich pewnie także wrzało. Polonizacja tych terenów musiała być bardziej niż nieprzyjemna.

W literaturze spotykamy takie określenia jak: „chłopi w nowych koloniach z miejsca zabrali się do pracy, która zmieniła się w uporczywą walkę z przyrodą.” Jest w tym sporo prawdy. Polacy przyjeżdżali na „niewiadome”. Nowa ziemia, nowe wymagania gleby. Co tu sadzić? Co tu siać? Musieli się wszystkiego od początku nauczyć. Po pierwsze jednak musieli wykarczować ziemię, którą chcieli uprawiać. Musiało to być bardzo wyczerpujące zajęcie. Z drugiej jednak strony Polacy przywieźli ze sobą emocje: złość , zawiść, strach. Nie tylko z przyrodą musieli się zmierzyć, ale też z własnymi obawami i lękami. Złodziejstwa, przestępstwa, a nawet morderstwa były na porządku dziennych. Niestety często kradli między sobą, jeden drugiemu źle życzył. Nie wspierano się,  nie budowano trwałej, silnej wspólnoty. Alkohol był czymś normalnym a wszechobecna bieda nie pozwalała na stabilizację. Polska nauczycielka – Teresa opowiada, że to, co potrafią teraz powiedzieć po polsku potomkowie Polaków to trzy wyrażenia: „nie ma pieniędzy”, „pijany”, i „bądź cicho”. To zapamiętały dzieci z rozmów rodziców czy dziadków. To wiele tłumaczy.

Namawiając rolników w Polsce do przyjazdu na ziemię argentyńską, mówiono, że jest to ziemia obiecana, że każdy rolnik dostanie „ziemię, materiał na dom, nasiona, troje prosiąt i trzy kury”. Rolnicy przyjeżdżali zatem z piłą, siekierą kosą, niektórzy mieli węzełek z ziemią i to wszystko.

Znaczna większość wychodźców polskich wyjeżdżała do Argentyny bez określonych planów, na zasadzie tendencyjnych albo mglistych i niedokładnych informacji agentów lub znajomych, którzy poprzednio wyjechali. […] Przymusowa bezczynność, niemożność porozumienia z otoczeniem, brak środków, włóczęgowskie życie – wpływały ujemnie na nastrój psychiczny wychodźców.

Wielu z nich odradzało później wyjazd do Argentyny, pisano „Tacy kolonizatorzy chcą cię zwabić, byś zapłacił coś z góry, pracował rok i dwa na działce ziemi, by ją kultywować. Gdy zaś tego dopiąłeś, nadludzkich potrzebując wysiłków, z ziemi nie zebrałeś wiele, tylko musiałeś się jeszcze zadłużyć, a wartość tej ziemi właściciel podniósł do sum bajecznych, by mógł się rozbijać automobilem po ulicach miasta Buenos Aires. […]. Otóż, radzę ci, rodaku, siedź w Polsce, siedź na tej ziemi, którą twoi dziadowie i pradziadowie uprawiali i ciebie wychowali, jedząc chleb czarny, lecz smaczny”

Notabene w tej wzmiance o chlebie  coś jest. W Argentynie najbardziej tęskniliśmy za chlebem. Czarnym chlebem…

Ale agitacja była bardzo silna. Pisano miedzy innymi:

„…w kolonii Wanda Administracja założyła własne gospodarstwo rolne, posiada stację doświadczalną i prowadzi sklep, w którym można potrzebne towary nabywać po cenach rynkowych. Przy pracach takich jak mierzenie nowych działek, budowa dróg i mostów, przy robotach w gospodarstwie Administracji, osadnicy mają pierwszeństwo przed robotnikami obcymi. Na stacji doświadczalnej każdy osadnik otrzyma informacje i wskazówki, jak najlepiej gospodarować na swojej działce.

Istnieje też w kolonii apteczka i doświadczony sanitariusz, a w sąsiednim miasteczku Puerto Bamberg – lekarz. W miarę napływu osadników w kolonii zaangażuje się i lekarza. […] Osadnik otrzymuje na własność:

  • Działkę ziemi o 20–25 ha powierzchni.
  • 1,5 ha wyrosowanej (oczyszczonej z zarości i przygotowanej do siewu) ziemi, w czym pół ha obsianej.
  • Gotowy materiał na dom, który można wystawić w ciągu kilku dni.
  • Narzędzia wartości 20 pezów.
  • Nasiona i sadzeniaki wartości 30 pezów.
  • Troje prosiąt i 5 kur.

Może się zabrać od razu do pracy, głównego warunku powodzenia wszędzie, a w Ameryce w szczególności […].

Kto pracy się nie boi, ten w Misiones wypracuje lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci.”

Były też pewne ograniczenia. Nie każdy mógł wyjechać. Liczyło się zarówno obywatelstwo polskie jak i inne kwestie. Jak donosił w 1932 roku Tygodnik Podhalański: „w związku z rozpoczętą rejestracją rodzin osadniczych, zamierzających wyjechać na kolonje do Argentyny, syndykat Emigracyjny podaje do wiadomości, iż rejestrowanemi być mogą rodziny rolnicze, składające się przynajmniej z 2 osób zdolnych do pracy fizycznej na roli i posiadające po opłaceniu kosztów podróży co najmniej 150 dolarów, jako zadatek na ziemię i na zagospodarowanie się. Osadnicy kierowani są na kolonje w Missiones, Cordoba, Tucaman w Argentynie. Bliższych informacji udziela i rejestruje kandydatów na wyjazd Centrala Syndykatu Emigracyjnego w Warszawie oraz oddziały i agentury na prowincji”.

Propaganda przynosiła owoce i przyniosła wielu ludzi zapożyczało się i przyjeżdżało do Argentyny z całymi rodzinami

Zarówno obywatele polscy, jaki i ci, którzy w głębi duszy czyli się Ukraińcami,  pod koniec lat 30 osiedlali się w paragwajskim Fram. Ziemia była tam tańsza. Mogło to być spowodowane również tym, że w 1938 roku Argentyna zaostrzyła przepisy emigracyjne i przyjmowała jedynie określoną liczbę emigrantów. Paragwaj natomiast nie robił emigrantom żadnych problemów.

POSZUKIWANIA

  Nasze poszukiwania w pierwszej kolejności skierowaliśmy do różnych archiwów w Polsce. Po paru tygodniach poszukiwań, odezwała się do nas Pani Agata Biedziak, z Archiwum Państwowego w Gdańsku. Tam też odnaleźliśmy pokaźną teczkę dotyczącą MS Chrobrego, a wśród wielu informacji także listy pasażerów,  którzy płynęli tym statkiem do Ameryki Południowej.

Tu powstały pierwsze wątpliwości. Odnaleźliśmy kilka różnych list, na których niektóre nazwiska powtarzały się, lub pojawiały się nowe. Jedna z list pasażerów była pisana odręcznie w języku hiszpańskim, inna stanowiła wykaz pasażerów – nie rolników, sygnowany przez Syndykat Emigracyjny w Warszawie, jeszcze inna stanowiła korespondencję wewnętrzną GAL-a, w której były nazwiska „pasażerów lądujących w Bs Aires” . Należy pamiętać, że był to rejs inauguracyjny tego statku, stąd też zaproszono na niego kilka osób, które najprawdopodobniej miały mu uczynić reklamę. Wśród tych zaproszonych VIP-ów był między innym Witold Gombrowicz,  Czesław Straszewski (pisarz) czy Jan Rembliński (senator) . Po analizie wszystkich list pasażerskich, do jakich mieliśmy dostęp w Archiwum Państwowym trochę się rozczarowaliśmy. Część nazwisk się pokrywała, na innych listach dochodziły nowe nazwiska. Summa summarum znaleźliśmy 300 nazwisk. Stąd też wątpliwości. Na statku było ponad 900 miejsc dla pasażerów. Czy nie było kompletu? Czy z racji tego, że był to pierwszy rejs tego statku nie było więcej chętnych. Nie wiemy. Nie udało nam się odnaleźć odpowiedzi. Mamy też hipotezę, że jednak był komplet pasażerów, a  jedynie zachowane listy są niekompletne. W każdym razie pozostanie to w fazie domysłów.

Na pewno wiemy, że na statku płynęły całe rodziny. Ojciec, matka, dwoje, troje, czworo dzieci. Wiemy, że byli to emigranci, którzy w Polsce sprzedawali swoją ziemię, gospodarstwa i jechali z dobytkiem do Ameryki Południowej. W większości byli to rolnicy, osoby niewykształcone.

W naszych poszukiwaniach dotarliśmy na stronę internetową Centro de Estudios Migratorios Latinoamericanos. Tam znaleźliśmy potwierdzenie, że wszystkie osoby z listy pasażerów, których kopie posiadamy, wysiedli w porcie docelowym w Buenos Aires.

Zagłębiając się w dokumenty, odnajdujemy miejsce w Gdyni, dokąd przyjeżdżali emigranci oczekujący na statek. Utworzono specjalny „obóz emigracyjny” tuż obok obecnej Szkoły Morskiej. Stamtąd pociągami przewożono pasażerów bezpośrednio do Dworca Morskiego przy ulicy Polskiej.  Syndykat Emigracyjny udzielał emigrantom informacji i pomocy przed i w czasie podróży bez żadnych opłat ze strony wyjeżdżających. Wydawał także emigrantom zaświadczenia na zniżki kolejowe przy przejeździe kolejami polskimi.

PRÓBY NAWIĄZANIA KONTAKTU

Próbujemy skontaktować się z Domem Polskim w Buenos Aires z zapytaniem o pomoc w poszukiwaniach potomków pasażerów. Niestety, nie dostajemy żadnej informacji. Z drugiej strony szukamy polskich organizacji w Argentynie, które mogłyby nam pomóc, staramy się wykorzystać każdą sposobność. Niestety. Do paru miejsc, z których dostajemy odzew wysyłamy listy pasażerów. Odpowiedzi jednak nie otrzymujemy żadnej.

Próbujemy skontaktować się z przewodniczącą związku Polaków w Wandzie – Martą Sawa. Po naszych dwóch mailach – żadnego odzewu. Dużo później dowiadujemy się dlaczego – Marta Sawa nie pisze po polsku.

Szukamy  w Internecie kontaktu do organizacji polonijnych w Argentynie. Wszyscy, z którymi usiłujemy się skontaktować, piszą, że w Misiones, argentyńskiej prowincji jest dużo Polaków. Nikt jednak nie potrafi udzielić nam informacji o pasażerach Chrobrego.

Próbujemy na własną rękę znaleźć potomków pasażerów MS Chrobry.  Z  pomocą przychodzi nam Facebook. Wysyłamy ponad 200 zapytań do osób, które mieszkają w Argentynie, a które mają takie samo nazwisko, jak te na liście pasażerów.

Po wielu miesiącach poszukiwań dostajemy pierwszą, dobrą wiadomość. Odezwała się do nas Mariana Milski. Jej ojciec jest synem pasażera. Do dobra wiadomość. Kilka dni później, znowu dobre informacje. Graciela Antonowicz, do której wysłaliśmy informację na Facebook’u, potwierdza. Jej dziadek to osoba z naszej listy. Po kolejnych kilku tygodniach, zgłasza się do nas za pośrednictwem Facebooka …., która również potwierdza, że to jej dziadek, przypłynął na Chrobrym do Buenos Aires.

To dla nas bardzo dobre informacje. Zależy nam na tym przede wszystkim, by móc odnaleźć te osoby i napisać o nich, jak żyją, czy kultywują polskie tradycje, czy się całkowicie zasymilowały ze społeczeństwem.

Drążymy mocno temat emigracji do Argentyny. Coraz więcej informacji uzyskujemy, które pozwalają nam na poznanie tła tych wyjazdów, motywacji ludzi, ich pobudek, tego co nimi kierowało, kiedy decydowali się na wyjazd.

Dużo, dużo później kiedy rozmawiamy z księdzem Darkiem w Lago Puelo, potwierdza on, że w większości przypływali tu emigranci rolnicy, osoby o niskim wykształceniu. Dyktowali oni swoje nazwiska w biurze emigracyjnym, po czym urzędnicy zmieniali, przekręcali i modyfikowali na potrzeby użyteczności hiszpańskojęzycznej. A polscy rolnicy machali ręką i nie zajmowali się tym. Chcieli tylko kupić ziemię, robić swoje, spokojnie żyć.

Zatem naszym głównym problemem w odnalezieniu potomków pasażerów była zmiana, modyfikacja nazwiska, na potrzeby i możliwości wymowy przez hiszpańskojęzyczną społeczność Ameryki Południowej.

POSZUKIWANIA W AMERYCE POŁUDNIOWEJ

Z wielkim podnieceniem oczekiwaliśmy początku naszej wyprawy. Rejs statkiem jaki odbyliśmy bardzo nam się dłużył, ale z drugiej strony dokładnie czuliśmy to, co czuli pasażerowie Chrobrego. Morze, nuda, marazm. My mieliśmy to szczęście, że nie było takiego natłoku ludzi.

Po 33 dniach przybiliśmy do Montevideo. To był nasz port przeznaczenia. Nie mogliśmy na skutek perturbacji włoskiego armatora Grimaldi z argentyńskimi władzami celnymi przybić tam, gdzie Polacy w 1939 z MS Chrobrego, czyli do Buenos Aires.

Nie ustawaliśmy jednak w poszukiwaniach, bo okazało się, że w Montevideo można także coś zdziałać, że jest tam sporo potomków Polaków. Podczas pobytu w stolicy Urugwaju mieszkaliśmy u Martina Quintela, który spędził cztery lata w Polsce pracując w teatrze na Lubelszczyźnie.

Martin zorganizował nam spotkaliśmy się z byłym konsulem Jugosławii w Urugwaju. To wszechstronnie wykształcony i obyty człowiek. Przyjemnością wielką była rozmowa z nim. Dał nam kontakt do człowieka, który zajmuje się badaniem historii emigrantów. Niestety. Nie dostaliśmy odpowiedzi na naszego maila.

Ruszyliśmy więc z Urugwaju do Argentyny, bez zatrzymywania się zbędnego przyjechaliśmy do Buenos Aires. Korzystając z gościny Alejandro Sora i jego żony Liliany, spędziliśmy prawie tydzień w stolicy Argentyny. To piękne miasto, przestronne, zielone. Nowoczesne i jednocześnie trzymające tradycje. Wspaniała architektura, szerokie uliczne arterie, tłumy ludzi  i upał. Koniec stycznia 2014 roku był bardzo gorący.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Ambasady Polskiej. Niestety. Nikt nie chciał z nami rozmawiać. Uprzejma pani, może konsul (?) powiedziała, że teraz nie mają czasu, że mają dużo ludzi, że jest sezon wakacyjny i tak dalej, i tak dalej. Poczuliśmy się spławieni. Ten kolokwializm musiał się tu znaleźć, bo nie dało się tego wyjaśnić inaczej, jak całkowite lekceważenie wszelkich spraw, które zaburzają codzienny tryb życia. Nasze poczucie zlekceważenia było tym większe, że nawet nie wpuszczono nas na teren ambasady, tylko rozmawiano z nami przez domofon. Doprawdy żenujące.

Następne kroki skierowaliśmy do Domu Polskiego w Buenos Aires. Tu spotkała nas także niespodzianka. Wakacje. Przez najbliższy miesiąc Dom Polski zawiesił działalność. Tak przynajmniej dowiedzieliśmy się od pań, które mają biuro tuż obok, nie związane z działalnością Domu Polskiego.

Zrozumieliśmy wtedy, w tym dniu, kiedy to były rekordowe upały w Buenos Aires, temperatura dochodziła bowiem do 45 stopni, ze jesteśmy zdani tylko na siebie. Jeśli chcemy cokolwiek napisać o potomkach pasażerów, musimy ich znaleźć sami, porozmawiać i opisać to najlepiej jak potrafimy.

Następnego dnia napisaliśmy do Mariany Milski i umówiliśmy się na spotkanie. Zatelefonowaliśmy do Gracieli Antonowicz i zrobiliśmy to samo – zaprosiliśmy ją na spotkanie.  O ile z Gracielą udało nam się spotkać, to Mariana Milski niestety odwołała spotkanie i nie udało nam się z nią spotkać. Jednak sprawy rodzinne nie są czasami historią, którą można czy chciałoby się dzielić z innymi. Do Gracieli jeszcze wrócimy w naszych opowiadaniach o potomkach pasażerów. Jest ona członkiem rodziny Antonowicz, na której skoncentrowaliśmy nasze poszukiwania.

400 km od Buenos Aires, w nadmorskim mieście Villa Gesell spotykaliśmy Polaków. Nie byli to potomkowie pasażerów Chrobrego, ale Polacy z krwi i kości. Mieszkają w Argentynie 8 lat i nie przejęli argentyńskich zwyczajów, na przykład śniadanie jedzą obfite, a nie jak Argentyńczycy małe słodkie rogaliki (medialuna) i kawę. Obiad jedzą o 14.00 (trochę jak Argentyńczycy), a kolację dużo wcześniej, bo o 20.00. Dla Argentyńczyka kolacja zaczyna się nie wcześniej niż o 22.00.

GALA I RYSIEK

GALA I RYSIEK

W domu Gali i Ryszarda na ścianie wisi polska flaga, je się prawdziwy chleb z mąki żytniej (niemożliwe do kupienia w Argentynie) a w dodatku można się raczyć białym twarogiem (w Argentynie z białych serów można kupić tylko ser ricotta). Galę i Ryśka nie spotkaliśmy przypadkowo. Gdy byliśmy jeszcze w Polsce napisał do nas syn Gali, dał nam kontakt do swojej matki i tak oto mogliśmy w Argentynie zjeść ciemny chleb i biały twaróg, a w dodatku porozmawiać po polsku.

Kierowaliśmy się na południe do Usuhaia. Mieliśmy mnóstwo przygód, a podczas wyprawy poznaliśmy bardzo wiele różnych, ciekawych osób. Niemal każdej spotkanej osobie, z którą nawiązywaliśmy dłuższy kontakt, opowiadaliśmy o naszych poszukiwaniach potomków pasażerów. Tak dotarliśmy do Alejandra Trybuchowicza. W Tres Arroyes, gdy zepsuł się jeden z naszych motocykli spotkaliśmy przemiłą parę (potomków Duńczyków) – Waltera i Laurę , którzy ugościli nas w swoim domu na czas burzy, i następnego dnia na czas naprawy motoru. Nawiązana znajomość pogłębiała się i kolejnego dnia zaprosili nas do swojego letniskowego domu w nadmorskiej miejscowości Claromeco. Gdy opowiedzieliśmy im o naszych poszukiwaniach, zaprowadzili nas do niewielkiej  cukierni, gdzie właścicielem był Alejander Trybuchowicz. Tuż przed wejściem wielki napis na drewnianej tablicy – Los Polacos. W środku obraz orła białego i biało czerwona  flaga.

ALEJANDRO TRYBUCHOWICZ

ALEJANDRO TRYBUCHOWICZ

Alejandro mówi nieco łamaną polszczyzną, urodził się już w Argentynie, a jego ojciec jako żołnierz Armii Krajowej wyemigrował do Argentyny po II  Wojnie Światowej.  To było dla nas wzruszające spotkanie, patriotyczne przywiązanie do swoich korzeni zawsze porusza w nas rzewną nutę.

W drodze na południe, do Usuhuia nie udało nam się spotkać żadnych potomków Polaków. Tereny środkowej i południowej Argentyny zajmują potomkowi Holendrów, Walijczyków, Duńczyków, Hiszpanów i częściowo potomkowie tutejszych Indian.

Na ślady Polaków trafiamy dopiero w Lago Puelo. Wiedzieliśmy od Gali i Ryśka, że mieszkają tutaj polscy księża. Udało nam się porozmawiać z ojcem Dario (Darek) i potwierdziliśmy nasze informacje, ze najwięcej ludzi będziemy mogli znaleźć w prowincji Misiones.  Ojciec Darek skierował nas do prowincji Misiones.

Do Misiones przyjechaliśmy na początku czerwca, czyli podczas kalendarzowej tutejszej zimy. Pogoda nie przeszkodziła nam jednak w poszukiwaniach. Pierwsze kroki skierowaliśmy do Apostoles, Posadas i Obera. To średniej wielkości miasteczka, gdzie część osób przyznaje się do swoich polskich korzeni, jednak niewiele osób mówi po polsku. W Obera odwiedzamy Dom Polski, który znajduje się w ogromnym Parku Emigranta, gdzie swoje domy mają również Czesi, Włosi, Arabowie, Niemcy, Szwajcarzy czy Słoweńcy.

Bardzo trudno spotkać kogoś z młodego pokolenia, kto mówi po polsku. Ten język nie jest tu potrzebny. Po prostu. Zanika. Spotkaliśmy w Posadas kobietę, której babcia była Polką. Co potrafi powiedzieć po polsku? „Aaaa, kotki dwa, szare bure oby dwa.” Tylko tyle. Niesamowite. Choć i taki mały objaw polskości był dla nas niezwykle wzruszający.

Będąc w Apostoles odwiedziliśmy muzeum Yerba Mate –  Amanda. Fabryka produkująca pod dziś dzień Yerba Mate jest założona w latach dwudziestych przez Jana Szychowskiego, który przybył z Polski, wraz z rodzicami do Argentyny w 1904 roku. Zwiedzając muzeum czuliśmy ogromną dumę z tego, że jesteśmy Polakami, bo Jan Szychowski, a właściwie Juan Szychowski stworzył prężne przedsiębiorstwo, które funkcjonuje do dziś.

Kolejno pojechaliśmy do San Vicente. Ojciec Darek z Lago Puelo opowiedziała nam o znajdującym się tam kościele, zbudowanym na planach gdyńskiego kościoła. Mieliśmy dużo szczęścia, bo mogliśmy spotkać nestora redemptorystów na tych terenach. To Ojciec Jorge (Jerzy) Maniak. Jest w Argentynie od ponad 40 lat i zna wielu Polaków. Pokazaliśmy mu listę pasażerów, niestety żadne nazwisko nie wydawało mu się znajome. Do San Vicente przyjeżdżamy jeszcze tydzień później i z Ojcem Zenonem wiele rozmawiamy o sprawach polskich.

KOŚCIÓŁ CZESTOCHOWA W WANDZIE

KOŚCIÓŁ CZESTOCHOWA W WANDZIE

Do Wandy docieramy prawie na samym końcu naszej wyprawy. To nieduże miasto, dominuje w nim tak jak w wielu miasteczkach argentyńskich, niska zabudowa. Za miejskim terminalem autobusowym jest plac polski, gdzie znajdują się tablice upamiętniające powstanie miasta. Jest też kilka rzeźbionych scenek na murach okalających plac, przedstawiających statek, emigrantów, pracę na roli.

Do Wandy emigranci przybyli przez Buenos Aires, głównie na statku MS Kościuszko. Potem statkiem, rzeką Parana przypłynęli w okolice dzisiejszej Wandy. Pierwszą osadą była Lanusse. Lanusse funkcjonuje do dziś, i wydaje się że jest tam bardzo biednie.

W 1936 powstałą Wanda. „Legenda mówi”, że mieszkańcy Lanussów chcieli sobie zbudować miasto, chcieli być lepsi od tych, co na wsi mieszkają w Lanusach. I co zrobili? Zniszczyli mostek, którym można było dojechać z Lanusse do Wandy. Nie chcieli wioskowych u siebie. A chodzić też mogło o coś innego. Tutejsi wcale nie mieli różowo. Naokoło dżungla, czerwona gliniasta ziemia, mnóstwo owadów.

W Wandzie  do dziś mieszka wielu Argentyńczyków, potomków Polaków, którzy czują się Polakami. Dzięki staraniom polskich stowarzyszeń, w Wandzie jest polska szkoła, która ma na celu jednoczenie Polaków, uczenie polskich zwyczajów i języka. Uczenie bycia dumnym z tego, ze ma się polskie korzenie. Mieliśmy przyjemność poznać kilka rodzin, na przykład rodzinę Fierków czy Kisielów,  a także Teresę, która jest nauczycielką z Polski. Wiemy też, że język polski zanika wśród młodych pokoleń. Gdy przyjechali tu dziadkowie – mówili między sobą po polsku. Dzieci ich umiały po polsku, ale „z domu”. W szkole uczyły się już wyłącznie hiszpańskiego.  Zawierane później związki  również komunikowały się ze sobą tylko po hiszpańsku, czego naturalną konsekwencją jest wymieranie języka. Nieużywany język zanika. Moglibyśmy napisać piękne słowa, że kultywowana jest tradycja i że język polski nie ginie. Ale tak nie jest. W Wandzie tak samo jak w całym Misiones w polsko-argentyńskich rodzinach, pije się mate, je się ser z memrillą i zażywa siesty. Być może w Wandzie, jedynej miejscowości gdzie pracuje polska nauczycielka, opłacana przez polskie państwo, jest szansa, dla Polaków na kontakt z językiem, z polskością, choć na przykład działający balet polski w Wandzie jest powadzony przez osobę, która nie mówi po polsku…. Ale też po co ma mówić po polsku? Ten język jest przecież tutaj nieprzydatny…

Dla znacznej części Polaków Buenos Aires nie było portem docelowym. Większość z nich jechała dalej, do prowincji Misiones, a pod koniec 1938 roku do Paragwaju.

Przypuszczamy, że to raczej nie względy ekonomiczne brały górę. A już szczególnie trudno jest uwierzyć, że ludzie uciekali jakoby  przed wojną. Ostatnio urodziła się nowa teoria, Piłsudski duży nacisk kładł na spolonizowanie rejonu Wołynia, Podola, na tych terenach mieszali się Polacy z Ukraińcami… Być może marzono o odrobinie spokoju. Wszystko to jednak pozostanie w sferze domysłów. Być może te ciągłe przepychanki na terenie kresów wschodnich, szykanowanie ukraińsko – polskich rodzin mogły spowodować, że wiele z nich zaczęło myśleć o emigracji. Katalizatorem byli agenci – agitatorzy, którzy namawiali do wyjazdu do Ameryki. Do dziś nie udało nam się ustalić kto był agentem. A mogłoby to być bardzo interesujące.

W Wandzie niestety nie odnaleźliśmy poszukiwanych osób. Nie było nam łatwo dotrzeć do potomków pasażerów MS Chrobrego. Przede wszystkim  dlatego, ze nie był to taki „jednolity „ transport. Nie przypłynęli oni „zwartą” grupą i nie osiedlili się w jednym miejscu, tak jak np. pasażerowi Kościuszki w 1938 roku przypłynęli do Wandy…

Pasażerowie Chrobrego byli rozproszeni,. Najprawdopodobniej kilka dni po przybyciu do Argentyny, do Buenos Aires, gdzie czekali na transport w dalszą drogę,  dostali wiadomość o rozpoczęciu II wojny światowej. Ze względu na politykę emigracyjną Argentyny, bądź może wykorzystanie liczby emigrantów, pojechali do Paragwaju. W dużej części przybyli do Fram, gdzie i my się udaliśmy w naszych poszukiwaniach.

Fram jest niewielkim miasteczkiem. Pierwsze swoje kroki skierowaliśmy na cmentarz. Tam znaleźliśmy wiele  grobów  z polskimi i ukraińskimi nazwiskami. Znaleźliśmy grób Aleksandry Szust, której nazwisko jest na liście pasażerów a także Stefana Antonowicza (Esteban Antonowicz).

RODZINA ANTONOWICZ

Pierwsze nasze spotkanie z potomkiem, a właściwie potomkinią pasażera z Chrobrego odbyło się  24 stycznia 2014 roku, to prawie półtorej roku po tym, gdy wpadliśmy na ten pomysł.

Tuż przed spotkaniem byliśmy nieco podenerwowani. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, ani też czy uda nam się przełamać pierwsze lody, czy będziemy potrafili się porozumieć, bo przecież nasz hiszpański ciągle pozostawiał dużo do życzenia, a tu mamy rozmawiać o sprawach bardzo prywatnych, często intymnych, bo przecież chcemy by nam opowiedziała o swojej rodzinie, swoich przodkach, swoim dziadku i o tym, jak potoczyły się jego i jego rodziny dalsze losy, po przybiciu do portu Buenos Aires.

Graciela Antonowicz - wnuczka Stefana Antonowicza, pasażera MS CHrobry

Graciela Antonowicz – wnuczka Stefana Antonowicza, pasażera MS CHrobry

Spotykamy się w miejscu, jak się później okaże, nieprzypadkowym. W dzielnicy Puerto Madero, która powstała dokładnie w miejscu dawnego portu pasażerskiego. Do dziś budynki, które tam stoją są przebudowanymi i zmodernizowanymi pozostałościami po spichlerzach. Duże ceglane budynki z charakterystycznymi wysokimi oknami.

RODZINA ANTONOWICZ. PO PRAWEJ STEFAN ANTONOWICZ, KTÓRY PRZYPŁYNĄŁ NA STATKU MS CHROBRY

RODZINA ANTONOWICZ. PO PRAWEJ STEFAN ANTONOWICZ, KTÓRY PRZYPŁYNĄŁ NA STATKU MS CHROBRY

Szukając potomków pasażerów Chrobrego. Ale nie wzięliśmy pod uwagę, że to mogą nie być Polacy i tak też się stało w przypadku Gracieli Antonowicz. Która jest Argentynką, wyszła za mąż za Carlosa, który jest pochodzenia Egipcjaninem? Ale jakoś tak w głębi duszy czuje ona silne związki z Ukrainą. Jej dziadek – Stefan,  był Ukraińcem.

Stefan Antonowicz miał 35 lat, kiedy przyjechał w 1939 roku do Argentyny. Wraz z nim przyjechała żona Maria, siedmioletni syn Jan, czteroletni Aleksander i dwuletnia Klaudia. Wkrótce po przybyciu do Buenos Aires pojechali do Paragwaju, do miejscowości Fam. Tam kupili ziemię i zamieszkali. Wkrótce potem żona Stefana zmarła. Ożenił się powtórnie z Marią Barejka. Z tego związku w 1945 urodził się Bazyli Antonowicz i dwa lata później   Miguel Anotonowicz. Ziemia we Fram nie była tak urodzajna jak w Misiones, ale nie było takiej dżungli, tyle terenu nie trzeba było karczować. W polu musiały pracować wszystkie dzieci. Nie było to łatwe. Od świtu aż po zmierzch – praca. Najmłodsza Klaudia umarła pod koniec lat 40.

Esteban (Stefan) Antonowicz umarł 21 maja 1970 roku. Miał 65 lat.

Po jego śmierci ziemia nie została podzielona równo między braci. To spowodowało, że Aleksander i Miguel podjęli decyzję o wyprowadzeniu się do Buenos Aires.

Miguel w 1961 roku ożenił się z Nadią Sienkowiec. Nadia jest również spokrewniona z rodziną, która przyjechała na MS Chrobry. Brat jej ojca przybył razem z rodziną do Fram. W 1966 urodziła się córka Miguela i Nadii – Maria Carmeno, a w 1970 roku Graciela. Razem z dwójką malych dzieci Miguel i Nadia przeprowadzili się do Buenos Aires, kupili tu niewielki skrawek ziemi i zbudowali ciężko pracując dom. Do dziś mieszkają w tym domu na przedmieściach Buenos Aires. hodują kury, mają niewielki, przydomowy sklepik. Miguel gra na harmonii i jest bardzo wylewny. Podczas rozmowy z nim używamy językowej mieszaniny hiszpańsko, ukraińsko, rosyjsko polskiej. Jest w nim taka prosta dusza, człowieka związanego z ziemią.

BAZYLI ANTONOWICZ

BAZYLI ANTONOWICZ

We Fram tymczasem mieszka do dziś Bazyli Antonowicz, ze swoją żoną, mają trójkę dorosłych już dzieci.

Graciela córka Miguela i Nadii mieszka w Buenos Aires. Ma dwoje dzieci – Deborę i Ezequiela. Mieszka razem z mężem, Carlosem Gomez w parterowym, czteropokojowym domu. Są szczęśliwi…

Bibliografia:

  1. E. Kołodziej, Wychodźstwo zarobkowe z POlski 1918-1939, Wydawnictwo Książka i Wiedza 1982r.
  2. Gazeta Podhalańska, Nr 47 z dnia 20 listopada 1932 r.
  3. http://mojaparafia.dery.pl/o-parafii/zoddali/315-misje-w-argentynie
  4. http://mab.bn.org.pl/instytucje/bpiid
  5. http://familias-argentinas.com.ar/buscarlibre.php – bardzo ciekawe
  6. http://genargentina.com.ar/
  7. http://genargentina.com.ar/apellidos/polonia.php
  8. http://www.moikrewni.pl/mapa/
  9. http://www.miparentela.com/mapas-ar
  10. http://www.cemla.com/busqueda.php#
  11.  P. Frydman, Listy o Gombrowiczu, w: Tango Gombrowicz, zebrał, przełożył i wstępem opatrzył Rajmund Kalicki, Wydawnictwo Literackie, Kraków-Wrocław, 1984.
  12.  M. Paradowska, Podróżnicy i emigranci. Szkice z dziejów polskiego wychodźstwa w Ameryce Południowej, Wydawnictwo Interpress, Warszawa, 1984.
  13.  J. Mazurek, Kraj a emigracja : ruch ludowy wobec wychodźstwa chłopskiego do krajów Ameryki Łacińskiej (do 1939 roku)
Napisz do nas
Facebook
YouTube