174. British Columbia długa i rozległa

174 dzień podróży

Rano obudziło mnie parcie na pęcherz. Pewnie, nie jest to to, o czym ludzie czytają w blogach, ale jak tu żyć rano, kiedy strasznie się chce siku… A tu trzeba się ubrać, wyjść na zewnątrz. Krzysiek oczywiście zaczyna znowu, że w kamperze, albo w vanie byłoby inaczej, nigdzie nie trzeba by wychodzić i tak dalej i tak dalej. Ja lubię jeździć Defenderem. Jest mały, kompaktowy i oczywiście średnio komfortowy. No nie ma toalety i trzeba korzystać z zewnętrznych zasobów.. I tyle. 

Nie zostajemy w tym lesie gdzie śpimy, bo zbyt wiele ostrzeżeń o niedźwiedziach. Jedziemy kawałek dalej i po pół godzinie dojeżdżamy już do skrzyżowania drogi 37 z Kitwanga. Tam też pijemy na stacji benzynowej poranną kawę i jemy płatki na śniadanie. Tradycyjnie Krzysiek kukurydziane, a ja owsiane. Kierujemy się na wschód, zatrzymujemy się na chwilę dłuższą w Hazelton. Jest tu jeden z najwyżej położonych mostów w Kanadzie. Mało kto wie, ale mosty to mój konik. Za dużo o nich nie wiem z konstrukcyjnego punktu widzenia, ale zawsze szczerze mnie zachwycają Rawie każdy most, jaki mijam, szczególnie jeśli jest na interesujących pylonach, albo nad wyjątkowo piękną rzeką. W British Columbia na drodze 37 wiele było mostów o powierzchni zbudowanej z metalowej kratownicy. Nie ma asfaltu, ani betonu, także widać wodę jak się jest na moście, a pyzatym charakterystyczny dźwięk wydaje taka metalowa kratownica, jak się po niej przejeżdża. Wydaje się też mało komfortowa dla motocyklistów, bo jednak te przęsła kratownicy są dosyć śliskie.

Grzyby chaga

W Hazelton trafiamy najpierw na farmers market, ciekawią nas bardzo grzyby, które hodują lokalni np. lobster mashrooms czy oyster mashrooms. Ciekawy jest grzyb przypominający chubę, zwany chaga.

Potem docieramy na drugi koniec wioski New Hazelton, na lokalną fiestę, jednoczącą lokalną społeczność, na podwalinach religijnych. Załapujemy się na hamburgery i całkiem dobre ciasto, a także galaretkę… Chwilę konwersuję z lokalną nauczycielką, kiedy to stoimy w kolejce do barbeque. Tereny gdzie jesteśmy teraz są silnie związane z lokalną społecznością rdzennych mieszkańców, tak zwanych tutaj pierwszych narodów (first nations). Wiele elementów, nazwy miejscowości, lokalne rzeźby, wywodzi się z kultury plemion zamieszkujących tutejsze tereny.

Powoli jedziemy dalej, mijamy Smithers, potem Tekaa i dojeżdżamy do Houston. Do kanadyjskiego Houston :).

Potem znowu kolejne 100 kilometrów jedziemy dalej I tak dzień za dniem, Kanada jest fascynująco wielka… A z drugiej strony jakby trochę mało urozmaicona – lasy, rzeki, jeziora… Choć może to i o to chodzi, zawsze jest miejsce, by poobcować z naturą.

20.08.2023

————————————-

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.