Chile – sto piąty wyprawy

Dzisiaj dzień drogi. Z planowanych 200 km do taniego campingu w Las Vilas, zrobiło się 480 km. Powodem tego byłą pogoda. Po wyjeździe ze słonecznego i upalnego Santiago, a pierwszą linią gór unosząca się mgła zrobiła się tak gęsta, ze zaczęła się skraplać na kaskach. Przez kolejne kilometry liczyliśmy na to, ze za kolejną górą wyjdzie słońce. Niestety chmury gęstniały i gęstniały. A my jechaliśmy dalej. Mijaliśmy kolejne miejscowości. Panamericana zbliża się do brzegów Pacyfiku i blisko 200 kilometrów jedziemy blisko brzegu. Dwupasmowa nitka autostrady dała się mocno odczuć, bo na każdych bramkach, a było ich z pięć, musieliśmy słono płacić… Panamericana to popularna nazwa  międzykontynentalnej, najdłuższej chyba drogi na świecie. Wiedzie z Ushuaia do samej  Alaski. Jest jej wiele odnóg i wariantów, wiodących przez obie Ameryki.

Dla naszych obładowanych motorów dzisiaj był ciężki dzień, bo prawie całą drogę utrzymywaliśmy dosyć dużą prędkość, jak na nasze niemłode już motorki – około 120-130 km. Ruch na drodze był spory, w odróżnieniu od tego, do którego się przyzwyczailiśmy w Patagonii. Zaliczyliśmy nawet dzisiaj dwa korki, w czasie robót drogowych. Droga, którą jechaliśmy opadała się i wznosiła, średnia wysokość w dużej części oscylowała w granicach 50-150. Poszarpane, skalne wybrzeże nie było widoczne wyraźnie, znikało często we mgle. Widzieliśmy jednak często piękne widoki, nieco przymglone. Ten chłód który dziś nam towarzyszył, zmusił nas do przebrania się w cieplejsze ciuchy. Niektórzy członkowie wyprawy poubierali wszystkie podpinki i membrany wiatrowe. A niektórym było w miarę ciepło.

Chile zdecydowanie różni się od Argentyny infrastrukturą drogową. Przede wszystkim drogi są. Po drugie są asfaltowe. Po trzecie jest znacznie więcej stacji benzynowych, na których nie dość że jest paliwo, to jeszcze nie ma kolejek. Żadnych. Przy każdej stacji benzynowej, dość drogi bar, z hot dogami i innymi przekąskami, a dodatkowo toalety. Ale żadne tam po prostu toalety, ale pełny wypas, z mydłem, papierem toaletowym i suszarkami do rąk.

Po Argentynie to duża odmiana. Ale cóż, płacimy za to dużo za paliwo, płacimy za autostrady i płacimy za przejazd tunelami, które są zbudowane w kilku miejscach, znacznie skracając drogę…

Zmieniła się też przyroda w odróżnieniu od patagońskiej pustki. Pojawiły się w dużych ilościach kaktusy. Kaktusy jak z filmów kowbojskich. Typowe dla tego regionu, wyciągają swoje ramiona ku górze. Wygląda to niesamowicie. Jest ich dużo, rosną samotnie, albo w wielkich koloniach.

SONY DSC

Późnym popołudniem dojeżdżamy do La Sereny. Zjeżdżając z góry widzimy panoramę miasta położonego nad zatoką. To dwa miasta – Coquimbo i La Serena. Są one niejako ze sobą połączone, ale stanowią administracyjnie dwa różne miasta.

La Serena

La Serena

La Serena to miasto urocze, stare kamienice, w większości ceglano – drewniane, kościoły,  katedra, place, wszystko to ma bardzo duży urok.Znajdujemy informację turystyczną, gdzie męczę panią, by znalazła mi hostel z parkingiem dla motocykli. Z tym zwykle jest problem, trzeba się męczyć, żeby je jakoś ulokować bezpiecznie. Ale tym razem trafiamy bez bólu na idealne prawie miejsce (trochę drogo, ale wyjścia za bardzo nie ma, za zimno na camping, a i campingu brak). Hostel El Arbol (drzewo) w którym lądujemy jest czysty, nawet bardzo, ma kuchnię do dyspozycji turystów i jest położone w centrum miasta. Jesteśmy zachwyceni, idziemy na zakupy do centrum handlowego, które jest tuż obok. Po powrocie gotujemy pyszne spaghetti i wypoczywamy.

SONY DSC

Napisz do nas
Facebook
YouTube