Argentyna – Dzień 156

Dzień sto pięćdziesiąty szósty 26.02.2019

Poranek szybko nadchodzi pomimo gór dookoła i już po 8.00 widać słońce. Jedziemy spokojnie w kierunku Villa de Angostura. Mamy kilka alternatywnych planów, jak tu się przedostać kolejny raz do Chile (ceviche wzywa…woła z daleka…), ale chyba jednak będziemy się kierować na wulkan Lanin, nad Junin de Los Andes. Tam też przekroczymy granicę. Moglibyśmy jechać na granicę, na której już byliśmy, tuż przy Villa de Angostura i jechać koło wulkanu Osorno, ale rezygnujemy z tej opcji. Okrutnie tu się jeździ na około, jeśli się chce coś zobaczyć i nie powielać drogi. Albo zygzaki, albo powtarzasz drogę, a czasem tego nie chcemy. Dziś jednak tak czy inaczej jedziemy drogą 7 jezior (Ruta siete Lagos), ale jakoś nam to nie przeszkadza.

IMG_3889

Pogoda piękna, na śniadanie zatrzymaliśmy się na plaży parę kilometrów przed Villa de Angostura, także śniadanie pierwsza klasa.

DCIM153MEDIADJI_0001.JPG

Polataliśmy trochę dronem. Nie zbyt często jest ku temu okazja, bo albo są zakazy w parkach narodowych, albo wiatr, lub ogromna ilość ptaków nam przeszkadza. Jednak jeśli uda się już polecieć zdjęcia są fantastyczne…

IMG_3926

Potem ruszamy do San Martin de Los Andes, jedziemy wciąż drogą siedmiu jezior. To jest po prostu jedna z piękniejszych dróg jakimi przyszło nam jechać w Argentynie i nie bez przyczyny większość Argentyńczyków mówi o niej z rozczuleniem i pasją. Zwykle używając słów „hermoso” lub „lindo”. Ewentualnie „impresionante”.

IMG_3936

Począwszy od El Bolson, droga w kierunku Bariloche robi bardzo duże wrażenie, a później, z Bariloche do San Martin de Los Andes po prostu bajecznie. Cały czas człowiek emocjonuje się bardzo, bo co chwila zakręt, góra, szczyt, jezioro, za każdym załomem, piękny widok.

IMG_3947

Zatrzymujemy się nad jeziorem Villarino, z pięknym widokiem gdzie jemy obiad (zupę grzybową część dwa).

IMG_3931

Zanim dojeżdżamy do San Martin de Los Andes skręcamy na górę Chapelco. I to było bardzo dobre posunięcie, bo na górze jest opcja wjazdu kolejką linową na szczyt (które sobie darowujemy…). Ale nie darowujemy sobie już cabalgaty, czyli jazdy na koniu. To kolejne moje marzenie, które właśnie zostaje spełnione. Wsiadam na konia, widać że nauczony życia z turystami, bo ani drgnie, kiedy moje kilogramy spoczywająca jego grzebiecie. Razem z przewodnikiem (za niewielkie pieniądze, bo 300 peso) jedziemy w górę, a raczej spokojnie wjeżdżamy. Spacer konny okazał się bardzo emocjonujący, mogliśmy zobaczyć ośnieżony szczyt wulkanu Lanin, odległego o około 100 km. Konie bardzo spokojne, także nie mieliśmy żadnej  niespodziewanej przygody.

dav

sdr

dav

Wjeżdżamy do San Martin. Jemy lody z lodziarni Mamusia. Odpuściliśmy sobie dziś czekoladę, na rzecz lodów i nie zawiedliśmy się, każde z nas zjada po 250 gram lodów. Wieczór mija spokojnie, zmęczeni i zagłodzeni zasypiamy na plaży przy jeziorze Lacar.

Zobacz jak to wyglądało na filmie…