Argentyna – sto czternasty dzień wyprawy

Spokojnie, odprawiliśmy siebie i nasze motory i ruszamy dalej, jedziemy do Susques, najwyżej (podobno) położonej wioski w Argentynie, do której możemy dojechać asfaltem. Wioska jest mała, trzy ulice, kościółek, dwa sklepy. Przed wioską jest hotel do którego zajeżdżamy. Trochę drogi, decydujemy więc podjechać do wioski w poszukiwaniu kolejnego (tańszego).Pod Kościółkiem podjeżdża do nas motocyklista wiekowy, siwy. Pyta gdzie nocujemy. Mówię, że najprawdopodobniej w tym hotelu przed wioską. A on do mnie, że właśnie wykupił ostatni pokój. Zdezorientowani wracamy (nie wyglądało na duże obłożenie) i okazuje się, że niestety to prawda. Musimy się wrócić 2 kilometry (oj, jak my się nie znosimy wracać) do kolejnego hotelu.

Susques
Susques

Niestety okazuje się droższy, niż ten, w którym pokój sprzątnięto nam przed nosem. Po dłuższej pogawędce z recepcjonistką, okazuje się że trochę dalej jest wieloosobowy pokój i możemy go wynająć za niezbyt duże pieniądze. Trochę nie mamy wyjścia, więc decydujemy się właśnie na to rozwiązanie.Gotujemy obiadokolację, to znaczy ja gotuję, a Krzysiek walczy z motorami. W jego motorze szprychy w kole poluzowały się z jednej strony i koło nie kręci się centrycznie ( w jednej linii), bije na boki. Przez to ociera o tłumik. Coś tam zrobił, okaże się jutro jak to wygląda…