Argentyna – sto siedemdziesiąty piąty dzień wyprawy

Dziś od rana świeci piękne słońce, ale gdy wychylamy się z naszego domku jest jeszcze chłodno. Pakujemy się w miarę sprawnie do sakw. Część rzeczy trzeba było suszyć, bo po przedwczorajszej jeździe w deszczu są jeszcze mokre. Korzystając z tego że mamy do dyspozycji całą kuchnie robimy spore śniadanie i wyciskamy soki z pomarańczy, które dała nam wczoraj właścicielka. Nie ma to jak owoce prosto z drzewa…

Jedziemy do centrum Obery, około 3 km. Na głównym placu jest remont i musimy kawałek objechać aby stanąć obok kościoła i informacji turystycznej.Budowlańcy, którzy wykładają płytkami przykościelny plac zaczepiają nas prawie natychmiast, ciekawi. W informacji turystycznej dowiadujemy się, że dom polski jest niestety zamknięty o tej porze roku. Jedziemy tam jednak, aby go zobaczyć. Stoi wśród kilku innych budynków zbudowanych przez emigrantów z różnych krajów, by mieć swój mały kawałek ojczyzny w Argentynie. Są to między innymi dom czeski, dom włoski, dom szwajcarski, dom niemiecki i dom arabski (co dziwi bardzo, bo żadnych Arabów nie spotkaliśmy do tej pory).

SONY DSC

Wyjeżdżamy z miasta, jeszcze tylko tankujemy po drodze na obwodnicy. Następnie obieramy kierunek na San Vicente. Droga prowadzi przez piękne tereny. Wije się pośród niewielkich zalesionych wzgórz.

Kilkukrotnie mijamy rzeki i rzeczki, aż w końcu dojeżdżamy do celu. A jest nim kawałek Gdyni na drugim krańcu świata. Kościół zbudowany na planach gdyńskiej świątyni (tej na ulicy Portowej, kościół Redemptorystów). Zatrzymujemy się i dłuższą chwilę patrzymy w milczeniu.

SONY DSC

Dziwne uczucie zobaczyć jakby przeniesiony obiekt z Polski do Argentyny. Nie jest co prawda identyczny, bo różni się pewnymi rzeczami, (schody prowadzące do kościoła są otwarte, a nie okolone murem, jak w Gdyni), ale jest i stoi przed nami. Jeszcze kilka miesięcy temu w Lago Puelo dowiedzieliśmy się o tym miejscu i o polskim księdzu w San Vincente. Idziemy więc na poszukiwania. Nikogo nie ma, ale po kilkunastu minutach oczekiwania doczekaliśmy się. Polski ksiądz. Po chwili rozmowy dowiadujemy się, że jest tu od 3 miesięcy, a właśnie dziś obchodzą 50 rocznicę kapłaństwa księdza Jerzego Maniaka, który jest tu od 1968r.

Dostajemy zaproszenie na obiad. Plebania wraz ze starym, kościołem mieści się 50 m dalej, przy ulicy która nosi imię Jorge Maniaka, to właśnie „nasz” ksiądz, który zbudował kościół własnym sumptem.

SONY DSC

Rozmawiamy miło około godziny i dostajemy pyszny obiad. Przez tak krótki czas nie sposób dowiedzieć się wszystkiego, ale historia księdza Maniaka jest imponująca. Przybył tu kiedy miasto właściwie nie istniało. Jak nam opowiedział do szkoły chodziło wtedy siedmioro dzieci. To on właśnie, większość własnymi rękoma zbudował kościół, który jest prawie wierną kopią gdyńskiego. Za kilka dni wyjeżdża do Polski w której nie był od kilku lat, aby odwiedzić rodzinę. Przy kościele ma nawet ulice swego imienia.

San Vicente
San Vicente

Idziemy ponownie do świątyni, aby nacieszyć oczy tym widokiem i zrobić parę fotografii. Dostajemy też możliwość spędzenia nocy w domku koło plebanii. Bardzo nam się tu podoba i jeszcze mamy wiele tematów do rozmów. Niestety równocześnie męczy nas dylemat czy nie jechać dalej. Postanawiamy wykorzystać poprawę pogody i po pożegnaniu się ruszamy dalej do Puerto de Iguazu. Dostajemy zaproszenie, aby w drodze powrotnej zajechać ponownie do San Vicente.

SONY DSC

Na wylocie tankujemy jeszcze szybko paliwo i ruszamy wreszcie. Dwie godziny później, już prawie po ciemku dojeżdżamy do celu. Na wlocie do miasta widzimy znak informacji turystycznej. Zatrzymujemy się i pytamy o jakiś tani nocleg. Nie chcemy sami jeździć po mieście po ciemku i go szukać. Młody chłopak na skuterku pilotuje nas, aby pokazać jakie mamy opcje do wyboru w naszym przedziale cenowym. W pierwszym miejscu niestety brakuje zadaszenia dla motocykli, ale drugi ma już wszystko co nam potrzeba. Planujemy zostać tu kilka nocy. Wieczorem długo jeszcze rozmawiamy z właścicielami i wykończeni padamy do łóżka. Jutro zapowiada się ciekawy dzień…