Nasze życie zrobiło się dosyć mocno uporządkowane i dosyć mocno zrutynizowane. Przede wszystkim każdy ranek rozpoczyna się kawą, którą robi lokalny barista Andrzej :). Nie dopuszcza nikogo do ekspresu ciśnieniowego. Wiadomo, to ostatnia fucha która mu została w tym domu.
W ostatnich dniach gwałtowne burze i deszcze narobiły sporo zamieszania w okolicy… Nie są to może tak wielkie podtopienia jak wówczas gdy byliśmy na Hawajach, ale także mogą narobić sporo szkód. Prognozy pogody na kolejne dni nie zapowiadają większej poprawy.
Klimat na świecie to jest jednak dosyć płynny i ulegający zmianom „organizm”. Ostatnio obserwujemy naprzemiennie w Baja California ogromne fale deszczy i prawie bezchmurnego nieba. Woda oczywiście jest potrzebna, zwłaszcza w takim terenie jak okolice Rosarito i Tijuana.
W życiu są momenty kiedy człowiek zastanawia się co by tu zmienić, zmodyfikować czy jak urozmaicić swój czas. Być może po powrocie z Hawajów nabraliśmy ochoty na więcej nowych i dalszych podróży… Chociaż może to zabrzmieć dosyć dziwnie w kontekście do tego że jesteśmy już od prawie roku w dalekiej podróży od Meksyku po Alaskę i z powrotem… Albo może ostatni „wypad” na Hawaje nas rozochocił do tego stopnia że przeglądamy mapę świata i możliwości optymalnych w poszukiwaniu nowych inspiracji… Zobaczymy co z tych rozmyślań wyjdzie… 😉
Zatem siedząc na tarasie z widokiem na Pacyfik można snuć plany i marzenia na przyszłość…
A z obecnych spraw zapraszamy na kolejny odcinek filmów z naszych przygód w USA:
Meksyk ma w sobie pewien styl i wyzwala pewien stan umysłu. Po powrocie z wakacji powoli „wsiąkamy” w Meksykański styl funkcjonowania… Poranna kawa i śniadaniowy rytuał przebiegał dłużej i bardziej towarzysko. A to za sprawą gości Iwonki i Andrzeja.
Ponowny pierwszy pełny dzień w Meksyku zaczynamy nieco później. Obudziliśmy się prawie godzinę po typowym czasie wstawania… To znaczy po czasie w którym budziliśmy się zazwyczaj przed wyjazdem na Hawaje. Zapewne związane jest to z różnicą czasu do której przyzwyczailiśmy się na „wakacjach” na wyspach ;).
Budzimy się super wyspani. To był super pomysł, aby jednak wziąć hotel na tę noc. Po północy byliśmy już w recepcji i szybko ulukowaliśmy się w pokoju. Wyspani, tuż przed dziewiątą przecieraliśmy oczy, zachwyceni.
Jemy w Los Angeles śniadanie i ruszamy do San Diego.
Dzień zaczynam nieco wcześniej niż normalnie. Chwilę po 6 rano sprawdzam wieczorem przyszykowany bagaż. Nie mogę sobie pozwolić na zapomnienie o czymś ważnym, a szczególnie o papierach. To znaczy paszport z wizą USA, pieniądze, karty kredytowe, prawo jazdy, mam też wydrukowane na wszelki wypadek różne rezerwacje na dziś i kolejne dni.
Wiadomo było od dosyć dawna że nadejdzie ten dzień kiedy będę musiał spakować się i przygotować na wyjazd z Rosarito. Jutro ruszam w kierunku żony ! No i w kierunku USA, bo to właśnie tam się spotkamy aby rozpocząć bardziej ekscytujący, po czasie spędzonym w Rosarito, okres w naszej obecnej podróży… Jednak to jutro.
O tym że sól jest zabójcza dla wszelkich konstrukcji i maszyn wykonanych z metalu wiadomo od zawsze. Mogliśmy się o tym przekonać jakiś czas temu, podczas 2 miesięcznego pobytu w Kolumbii w czasie Covid na karaibskiej plaży. Wówczas to bliskość oceanu i permanentna bryza niosąca dużo morskiej wilgoci skutecznie nadszarpnęła kondycję naszej ramy w Defenderze.