Dzień czterysta trzydziesty czwarty – 01.12.2019
Rano opuściliśmy Cuenca. To urocze miasto i jedyna refleksja ciśnie się na usta. Że każdy dane miejsce ostrzega inaczej. Że Cuenca może się wydać nudna, albo brzydka, albo pełna turystów, albo nieprzyjemna, bo pani z informacji turystycznej była niemiła. Dla mnie w szczególności jest pięknym zabytkowym miastem, z europejskim klimatem (tak, aż tak), przypomina trochę Sucre, przypomina klimatem nieco azjatyckie miasteczka, takie jak wietnamski Hoian. Oczywiście Wietnam to zupełnie inna bajka. tu raczej chodzi o klimat zachowanego miejsca. Dobra, tyle o Cuenca, bo zasiedzieliśmy sie w hostelu u Miriam prawie do 12.00 Ale w końcu wyjechaliśmy szybko robiąc zakupy w pobliskim markecie Tia. I tu cenna uwaga. Ekwadorczyk nie przykłada większej wagi do prawdziwości czegokolwiek. na wszystko trzeba brać poprawkę . chcieliśmy wjechać na podziemny parking, gdzie dużymi cyframi napisane było dwukrotnie 2,4 metra. to znaczy że wjedziemy, bo mamy tylko 2,3 . ale nie. okazało się że rury są w podziemnym parkingu tak nisko, ze zahaczają lekko o panel solarny. Musieliśmy czym prędzej się wycofać, przeklinając Ekwadorczyków. Bezmózgich.
Powoli przemieszczaliśmy się w stronę Cajas. To park narodowy, gdzie góry są inne niż w każdej części Ekwadoru. gdzie jest wysoko, bo ponad 4000 mnpm. a Cuenca leżała na 2600 mnpm. trawy na górach w Cajas przypominają patagońskie, cienkie i ostre długie trawy. zimno jak diabli. Temperatura około 9 stopni. po upałach w Cuenca dało nam się we znaki. ale dosyć szybko, prawie się nie zatrzymując zjechaliśmy na 900 a potem na 700 m npm. i tak sobie zjeżdżaliśmy, zjedliśmy obiad, a potem na spokojnie wjechaliśmy do Guayaquil, największego miasta w Ekwadorze. Na szczęście była niedziela po południu, także miasto na szczęście w miarę puste. Odwiedziliśmy kilka miejsc gdzie moglibyśmy znaleźć miejscówkę na nocleg, ale nic nie pasowało. Finalnie wylądowaliśmy na campingu Gloria, za Guayaquil. Basen, cisza, spokój, tylko trochę komarów…
——————————-





