Kolumbia – Dzień 691

Życie czasem pokazuje, że nie można stracić czujności. Nie żeby w jakimś dramatycznym sensie, ale dzisiejszy dzień był nieco bardziej przygodowy niż pozostałe dotychczas spędzone w Santa Marta. Nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw, ale zacznijmy od początku… Rano nie mieliśmy zbyt dużo czasu, bo już przed 10 ruszyliśmy na miasto, pierwszy punkt na dzisiaj wizyta kontrolna u lekarza. Cały czas mowa o ortopedzie i moim ramieniu.

Stado chudych kotów

U lekarza poszło bardzo szybko. Byliśmy drudzy w kolejce. Doktor nie zalecił żadnych więcej zastrzyków. Pooglądał rękę i pochwalił za chodzenie na rehabilitację. Ustaliliśmy że widzimy się za miesiąc na ponowna kontrolę. Do tego czasu zalecił ćwiczyć i ewentualnie chodzić dalej na terapię, ale rzadziej. Bo niestety ubezpieczenie ne pokrywa tego wydatku i musimy we własnym zakresie to robić…


No ale do rzeczy – stado kotów…

Niedaleko szpitala i naszego gabinetu rehabilitacji wczoraj dostrzegliśmy dosłownie tabuny malutkich kotów. Kilka matek i z 25 – 30 kilkutygodniowych kotków. Wszystkie straszliwie wychudzone i zabiedzone. W cieniu drzewa ktoś zrobił im miejsce do picia i powiesił tabliczkę „ADOPTUJ”!. Nawet mieliśmy chęć zabrać chociaż z jednego. Jednak rozsądek przetłumaczył, że chyba lepiej dokarmić je bo co potem z takim adoptowanym kotem. Co jak będziemy musieli już wyjechać z Santa Marta…

Zatem spędziliśmy tam e dwie godziny przed rehabilitacją… na którą nie poszliśmy dziś…..

Awaria Defendera!

Już dawno miałem zrobić lekki przegląd i zobaczyć co tam słychać pod samochodem. Bo w garażu zauważyliśmy małą plamę świeżego oleju. Zatem po obejrzeniu kotów, ja przebrałem się i wlazłem pod auto. Nie wyglądało to źle. Wyciek okazał się być chyba z pod filtra oleju i nie jest groźny. Ale to chyba już pisałem wcześniej myśląc że to leci z siemeringu. Na szczęście chyba nie… Niestety podczas sprawdzania poziomu oleju i innych rzczy odpadła mała plastikowa śruba pod filtrem paliwa. No i jak tylko uruchomiliśmy silnik zaczęło kapać tam paliwo….

Wyprawa do warsztatu

Nie chcą ryzykować, że przy samodzielne wymianie filtra auto nie da się odpowietrzyć przełożyliśmy rehabilitację na wtorek i pojechaliśmy szukać mechanika. Udało się dopiero za 3 razem. 2 po drodze nie bardzo chyba się znało bo zaczęli opowiadać jakieś „bajki” co to trzeba zrobić. A to prosta sprawa na 10 minut, tylko nie chciałem ryzykować, gdyby coś poszło nie tak…

Trzeci mechanik poradził sobie całkiem znośnie. Zapłaciliśmy 20.000 Peso ( 20 PLN) i mogliśmy jechać wreszcie do domu…

Tak to prawie skończył się nasz dzisiejszy dzień 😉

Dzień sześćset dziewięćdziesiąty pierwszy – 14.08.2020

———————————