Kolumbia – Dzień 714

Niedzielny poranek w nowym miejscu od około 4 miesięcy to fajna sprawa. Moja żona zadowolona idzie rano nad morze na spacer z kubkiem kawy. Jest wcześnie więc ja zostaje pilnować łóżka ;). Następnie około 8 razem z Carlosem i Basią gadamy znowu przy kawie w towarzystwie kolibrów latających dookoła. Basia robi super śniadanie i do tego owoce. Niedziela jak w prawdziwym hotelu na Karaibach, bo faktycznie tak jest …

potem długi spacer plażą, idziemy w kierunku Palomino, bo tam mamy się spotkać z parą Brazylijczyków, którzy ewentualnie chcieliby po otwarciu granic przerzucić się wspólnie w kontenerze do Panamy. Słońce nas trochę spieka, bo o 11.00 to chyba lepiej być w cieniu.

Później spokojnie wracamy, rozmawiamy, Barbara zamówiła u miejscowych tamales na obiad, także pyszne jedzenie dziś, nareszcie bardziej lokalne, bo od marca, gotujemy tylko polskie smaki..

W międzyczasie oczywiście okazało się, że stanie z Defenderem dwa miesiące na plaży ciągle odbija nam się czkawką. Linka od otwierania maski się urwała. Wytrzymała trzy lata, na wyjazd specjalnie ją wymienialiśmy i o ile w normalnych warunkach powinna przetrwać z 10 lat, to po tej wszechobecnej soli po prostu nie wytrzymała.. I się urwała. Tak to już jest..

Nigdy wiecej długotrwałego siedzenia z autem na plazy. Dzień, dwa, trzy, ale dłużej.. nie.. bo to zabójcze i kosztowne.

Basia zawiesiła poidełko dla koliberków, więc cały czas można je obserwować. Są słodkie i niesamowite…


Dookoła terenu są mokradła i lekko bagniste tereny. Mamy okazję zobaczyć i w nocy i rano babilla (czytaj:babiźia). To tutejszy kajman, mniejszy krokodylek z rodziny aligatorów. Robi wrażenie. Dobrze że jest stosunkowo daleko. zresztą blisko nie warto do niego podchodzić…

Po południu wyjeżdżamy do domu, do Rodadero…

Dzień siedemset czternasty – 06.09.2020

———————————