Noc była bardzo trudna. Trafiliśmy do El Calafate na weekend. To nie był dobry pomysł, ale my jakoś słabo liczymy dni. Weekend to dla wielu tubylców czas by wyjechać na jeden dzień na camping i zaszaleć muzycznie i fizycznie.Dodatkowo w tym turystycznym mieście był jakiś festyn i o pierwszej w nocy obudziły nas huki i wystrzały.
Argentyna – siedemdziesiąty piąty dzień wyprawy
To znowu w Argentynie. Nie ma to jak w Argentynie! Jest tu dużo taniej. I pogoda się poprawiła, ale nie ma się co dziwić, jesteśmy już wyżej, wyżej na północy. Rano byliśmy jeszcze w Puerto Natales. Dzień obudził nas dużym wiatrem, i wydawało się, ze nigdzie dziś nie ruszymy.
Chile – siedemdziesiąty czwarty dzień wyprawy
Jemy szybkie śniadanie w hotelu i o 8.00 wyruszamy z grupą innych osób, busem do Parku Torres del Paine. Przy okazji oglądamy granicę, którą jutro będziemy przekraczać pomiędzy Chile a Argentyną. Całe szczęście do granicy po chilijskiej stronie jest to asfalt.Dojeżdżamy
Chile – siedemdziesiąty trzeci dzień wyprawy
Poranek chłodny. Nie chce się wstać. Krzysiek czyta ciągle wszelkie uwagi użytkowników forum F650. Coś wie, co się może psuć w jego motocyklu, ale to może być kilka przyczyn, więc trudno coś wykluczyć, albo coś potwierdzić. Decyduje, że pojedzie do mechanika w Punta Arenas, zasięgnąć więcej informacji.
Chile – siedemdziesiąty drugi dzień wyprawy
Chille jest cieniusieńkie. Może nie aż tak jak Półwysep Helski, ale jak spoglądamy na mapę, to widać tylko cienki skrawek lądu. Ludzie są tu mili, uprzejmi, nie liczą czasu i pewnie pieniędzy. Paliwo jest oszałamiająco drogie i wszystko inne także.
Witamy z Chile.
Argentyna – osiemdziesiąty ósmy dzień wyprawy
Dzisiaj wreszcie rano nie było zimno, obudziliśmy się na plebanii, szybko się spakowaliśmy, zjedliśmy śniadanie (jajecznica ze szczypiorkiem) i już byliśmy gotowi jechać. Niestety. Nasz motocykl nie był gotowy do wyjazdu. Jeden odpalił ładnie, od pierwszego strzału. Drugi stwierdził, że nigdzie nie jedzie.
Argentyna – pięćdziesiąty dziewiąty dzień wyprawy
Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem patagońskich zwierząt. Po pierwsze wyruszyliśmy z Playa Union wcześnie rano, tak jak sobie obiecaliśmy. Zmieniłam tylko w budziku 6 na 7, żeby jednak trochę litości okazać dla siebie i mego męża i już o 8.30 ruszyliśmy w drogę.
Argentyna – pięćdziesiąty ósmy dzień wyprawy
Ranek obudził nas wielkim wiatrem. Trząsł się cały namiot. Podmuchy nasypały piachu wszędzie, bo musicie wiedzieć, że w Patagonii jest w zasadzie tylko piach i trochę karłowatej roślinności. Są jakieś drzewka, ale też karłowate. Generalnie piach jest tak paskudny, że trudno wbić śledzie od namiotu.
Argentyna- pięćdziesiąty siódmy dzień wyprawy
Dzisiaj dzień odpoczynku. Relaks. Wstajemy rano bez pośpiechu, jemy jajecznicę. Odpoczywamy. Znowu gorąco, prawie 30 stopni pewnie jest, słońce grzeje mocno. Drobne prace przy motocyklu, przykręcanie tablicy rejestracyjnej, bo na wertepach wypadła śrubka. O 14.00 jedziemy „na miasto”. Camping w którym mieszkamy jest na obrzeżach miasta.
Argentyna- pięćdziesiąty szósty dzień wyprawy
Dojechaliśmy do Puerto Madryn. Oczywiście znowu nie było prosto, choć wiatr wyraźnie dziś zelżał. Przejechaliśmy jakieś sto kilometrów, kiedy widoczne robią się dosyć wysokie wzniesienia po prawej. To niezwykłe, bo Patagonia jest płaska jak lustro. Po kolejnych dwudziestu kilometrach już wszystko wiadomo.