711 dzień wyprawy
o północy budzi mnie telefon. TO Iwona, coś się stało z Andrzejem. Przez telefon prosi mnie żebym powiedziała ochroniarzowi na Mary Sol żebym zamówiła karetkę. Jedziemy Uberem do nich. Trochę się stresuje jazdą po nocy, bo wszyscy zawsze mówią, że się po nocy po Meksyku nie jeździ, ale troche nie ma wyjścia. Zresztą obawy wydają sie płonne.
Dojeżdżamy. Karetka już pojechała, zresztą przyjechała jakaś publiczna, a to wiadomo rzeźnicy. Powiedzieli że nic Andrzejowi nie jest. Iwona decyduje jechać do San Diego. Teraz, Po nocy, na emergency. No i dobra. Zostajemy z Alusiem, a potem już cały dzień jesteśmy razem.

Basen przecieka, niedużo ale zawsze. Lampy spalone w basenie. Trzeba kupić nowe. 110V nie łączy się z 12. nie ma szans. Deszcz, pada pół dnia, niewielki kapuśniaczek. Wszędzie mokro i mało przyjemnie. Wieczorem oddajemy psa.. Nieby wszystko dobrze, strach ma wielkie oczy. Żadnego wylewu, zawału, czy tam innych rzeczy . Po prostu bezdech senny.
Wykończeni zasypiamy kamiennym snem.
07.02.2025



