419. Siedem godzin na granicy w Tijuanie

419 dzień wyprawy

Na dzisiejszy dzień od dawna czekaliśmy. Ponownie mieliśmy ruszyć w drogę i ponownie zacząć kolejną przygodę podczas tej podróży. Tym razem znowu w nieco odmiennym stylu niż włóczenie się bez planu drogami i bezdrożami naszym Defenderem… Zatem zaczęliśmy go od porządnego śniadania aby nabrać energii do działania. I ja się okazało bardzo słusznie gdyż dzień okazał się pełen wyzwań i zaskakujących sytuacji…

Zostawiliśmy naszego Defendera na bezpiecznym parkingu pod mieszkaniem Iwonki i Andrzeja, a następnie wspólnie ruszyliśmy na granicę z USA w Tijuana. Kolejka na wjazd okazała się bardzo długa dziś. Ustawiliśmy się kilka kilometrów przed granicą na końcu dwupasmowego ogromnego „ogona” aut. No cóż, to było do przewidzenia chociaż tak długiego oczekiwania nie przewidywaliśmy w najgorszych scenariuszach…

Na dodatek auta posuwały się nadzwyczaj wolno. Kolejne godziny mijały nam na ślimaczym poruszaniu się do przodu. Wreszcie około 14 godziny dotarliśmy pod same stanowiska odpraw. No i tu zaczęło się kolejne wyzwanie. Okazało się że oficerka służb granicznych nie może znaleźć mojego formularza I94 w systemie…!

Formularz według informacji ze strony rządowej ważny jest 6 miesięcy. A wypełnialiśmy go przed wyjazdem na Hawaje w styczniu. Opłata za niego wynosi USD. Formularz mojej żony był w systemie. Zatem po kilku minutach oficerka zdecydowała że musimy przejechać na stanowisko kolejnej kontroli…

Po odjechaniu pod kolejne zadaszone miejsce dwaj oficerowie zaczęli procedury wyjaśniania. Najpierw w aucie, a następnie kazali tylko mnie wysiąść z samochodu i przejść do budynku urzędu. Na dodatek nakazali zostawienie telefonu. Wewnątrz odbyła się kilkuminutowa rozmowa o celu podróży, o tym co robiłem wcześniej i jak przebiegał mój pobyt w Meksyku. Zrobiono mi też zdjęcie i sprawdzono coś w systemie. A potem kazali mi usiąść w poczekalni z kilkoma innymi osobami.

W sali zaczął się jakiś ruch, jednych kontrolowali, innych wpuszczali i wypuszczali, a ja czekałem pewnie z godzinę bez żadnej informacji… Wreszcie przyszedł do budynku nawet Andrzej aby zorientować się co się dzieje.

Wreszcie po kolejnych może 30 minutach jakiś oficer zaprowadził nas na zewnątrz budynku na część przejścia granicznego dla pieszych w celu opłacenia 6 USD za w/w formularz I94. Okazało się że jest to niezbędne bo jest faktycznie nieważny!. W skrócie wygląda na to że z historii dat moich wejść i wyjść z USA wynikła że 16 marca skończyła mi się obecna 6 miesięczna możliwość pobytu. No i pomimo że formularz I94 byłby jeszcze ważny, to z powodu wygaśnięcia czasu trwania obecnego pozwolenia formularz też się skończył….

Ponownie w USA

Zatem kolejne kilkadziesiąt minut załatwialiśmy końcowe formalności, aż mogliśmy opuścić granicę i wjechać do USA. Cała „akcja graniczna” rwała chyba 6 godzin! Było z tym trochę stresu, dla wszystkich. Na pocieszenie Iwona zabrała nas do włoskiej knajpki w San Diego na obiad, a potem na lody. Uff nie ma to jak być dobrze zaopiekowanym…

Pod wieczór podjechaliśmy pod nasz hotel w San Diego. Gdzie pożegnaliśmy się. A następnie padliśmy na łóżka ze zmęczenia i wrażeń. Jutro kolejne doznania…!

21.04.2024

———————————–

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.