1030 dzień wyprawy
Galveston to takie miejsce, które nie krzyczy: „atrakcja turystyczna!”, ale raczej mruga porozumiewawczo i mówi: „chodź, pokażę ci coś prawdziwego”. Wyspa u wybrzeży Teksasu, trochę zapomniana, trochę niedoceniana, z historią znacznie bogatszą, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Na początku XX wieku Galveston był jednym z najważniejszych portów w Stanach Zjednoczonych. Miasto bogaciło się na handlu, miało eleganckie hotele, teatry, operę, ambicje i pieniądze. Wszystko zmieniło się w 1900 roku, gdy przez wyspę przeszedł najtragiczniejszy huragan w historii USA. Zginęły tysiące ludzi, a Galveston już nigdy nie wrócił do swojej dawnej pozycji. Houston przejęło rolę portowego giganta, a Galveston został z piękną przeszłością i długą pamięcią.
I właśnie ta pamięć jest dziś jego największym atutem. Spacer po Strand Historic District to podróż do XIX wieku: żeliwne fasady, stare banki, magazyny portowe zamienione na kawiarnie, księgarnie
Rano jadę trochę na rowerek, korzystając z tego, że jest trochę słońca, po tej wczorajszej mgle to duża radość. Nie wiedziałam, że mgła potrafi tak człowieka zirytować i doprowadzić do złego samopoczucie. Myślałam, że jak jest pochmurno to tragedia. Ale gorsza jest wszechogarniająca mgła.



Wczesnym popołudniem jedziemy do Galvestone. Dalej do Houston nikomu się nie chce, bo to jednak daleka droga. tymczasem zwiedzamy miasteczko, aczkolwiek oprócz pięknej architektury z dawnych lat, miasto jest dosyć przygnębiające. Zniszczone wszystko i pełno gównianych sklepików, z gównianymi pamiątkami. Aż oczy bolą. Takiego kiczu i bezguścia to ze świecą szukać.
Robimy jeszcze zakupy i chyba się zabierzemy za pieczenie sernika na gwiazdkę..

23.12.2025



