Dzień trzysta drugi 22.07.2019
Rano mróz. Mróz na szybach znowu namalował kwiaty… ogrzewanie nie działa, znaczy działa chwilę, potem się wyłącza, na wyświetlaczu pokazując komunikat error (błąd). Oznacza to że możesz nagrzać na chwilę wnętrze auta, a po 5 minutach i tak się wyziębia… wczoraj wieczorem trochę grzaliśmy się kuchenką gazową, ale to troszkę niebezpieczne i ciągle trzeba uważać. Czyli nie można zostawić na noc. Na szczęście noc minęła spokojniej niż wczoraj. Byłam tak zmęczona, ze spałam do piątej rano, później -1,5 Celsjusza już nie pozwoliło… trzeba było działać… w każdym razie rano nieznacznie byliśmy jeszcze spuchnięci, co widać po palcach dłoni, ale już o 8.00 dzielnie jedliśmy śniadanie, patrząc na Lagunę Colorada.
Niestety. Silnik zadławił się bardzo i ledwo ruszyliśmy, okazało się ze motor przerywa co chwila swoją pracę i pracuje na wolnych obrotach, gaz do dechy, a on jak stara szkapa… dojechaliśmy do punktu poboru opłat przy laguna Blanca, potem w połowie drogi do granicy spotkaliśmy machającego do nas urzędnika, obok auta, które jechało w przeciwna stronę. Urzędnik czym prędzej przybił nam pieczątki w paszporcie i mogliśmy jechać 5 km dalej do posterunku chilijskiego Hito Cajon. Tutaj niestety nic nie przebiegło gładko i przyjemnie.
Po pierwsze przed nami stało 5 busów, wypełnionych po brzegi turystami. Każdego turystę pogranicznicy „trzepią”, co oznacza, ze każdy dosyć gruntownie musi opróżnić plecak, a celnik sprawdza, czy przypadkiem nie wwozi się do Chile jakiś rzeczy, których nie wolno, głównie owoce, warzywa, nabiał i takie tam. Drewna nie wolno także.
Nie dość zatem, ze musieliśmy czekać na odprawę przeszło godzinę, to póżniej jeszcze dosyć dokładnie sprawdzono nam auto, zaglądając w szafki, zabierając ziemniaki i chuno, które mieliśmy, szukali też miodu, ale nie znaleźli bo się nie przyznałam że mam… kazali otwierać górne skrzynie na bagażniku, na szczęście orzechy mieliśmy dobrze schowane… zabrali nam jednak też parę szczap drewna, i rozwalili worek z węglem drzewnym, tak, że późnej spadał nam on podczas jazdy.. słabo ogólnie i nieprzyjemnie. Może dlatego, ze posterunek jest stosunkowo nowy, rok czy dwa lata funkcjonuje w tym miejscu.
Powoli dojeżdżamy do San Pedro de Atacama. Miasteczko jest niezwykle urokliwe, ale posiada jedną wadę. Turystów więcej niż na Krupówkach. Agencja turystyczna jedna na drugiej. Owszem, rejon ten jest przepiękny, obfituje w szereg atrakcji, gejzery, laguny, Flemingu, księżycowe doliny i takie tam piękności. Przy czym wysokość też jest dobra, bo 2400 mnpm, także spokojnie można funkcjonować.
W miescie robimy zakupy, łądujemy kartę do Internetu, i uciekamy. Chcieliśmy kupić filtr paliwa, bo najprawdopodobniej to jest przyczyną naszych problemów z motorem, ale rezygnujemy. Dojedziemy jutro do Calama i tam zrobimy zakupy.
Za miastem jemy obiad, spaghetti, bo dawno nie było. Cali szczęśliwi, ze udało nam się kupić bazylię… już od prawie 3 miesięcy nie było…
Wieczorem lądujemy na nocleg w starym kanionie, wygląda jak wjazd do kopalni, przynajmniej tak informuje tablica przy głównej ulicy. Jestem pełna szczęścia. Z dwóch powodów. Po pierwsze jesteśmy niżej, bliżej poziomu morza, bo dziś śpimy na 2400 mnpm, to oznacza, ze mogę swobodnie oddychać. Po drugie zadziała ogrzewanie, czyli dla takiego zmarzlucha będzie fantastyczna noc. Wiem, wiem. Zimno konserwuje… ale już mam tak dosyć ostatnio, że aż się cieszę na tę noc…














