Noc minęła jakoś lekko nerwowo. Nie żebym to specjalnie odczuwał, ale ze dwa razy się budziłem, ręka trochę dokuczała. Ale może to był taki stres przed czekającą nas wizytą w szpitalu.Nie wiadomo. Rano okazało się, że wszystko jest OK. Tylko trochę gorąco i klima chyba spowodowała lekki ból w kościach i zaczerwienione gardło… No tak, jakby tego było mało. Bo gardło nie moje, tylko Izabeli…
Ale zebraliśmy się jakoś i pojechaliśmy drugi raz w tym tygodniu na miasto. Placówka do której mieliśmy się udać była nowym miejscem. Wcześniej tu nie byliśmy. Ale kilka minut szukania i pomoc nawigacji w telefonie zaprowadziło nas do środka małej poczekalni. W środku było już z 6 osób. Przeszliśmy procedurę odkażania. Najpierw mycie butów w specjalnym płynie, potem mierzenie temperatury i wpisanie się na listę pacjentów.

Potem zasiedliśmy w mroźnej poczekalni, bo klimatyzacja była ustawiona na największe chłodzenie….
Finalnie weszliśmy do gabinetu i właściwie nic więcej… To znaczy okazało się, że to kolejna konsultacja, a nie zabieg… Nie wiem kto dał „ciała”, czy nasza agencja czy tu w Kolumbii. Jednak dowiedzieliśmy sie o kolejnych ewentualnych możliwych opcjach i dostaliśmy następne papiery. Teraz znowu czekam po ich wysłaniu na decyzję z Polski co dalej…
Na powrocie dokupiliśmy jeszcze kilo cytryn i kilka czosnków do kurowania się przez weekend…
Dzień sześćset siedemdziesiąty – 24.07.2020
———————————



