428. Zwiedzamy Kyoto

428 dzień wyprawy

Od rana zagwozdka – jak pisać Kyoto, czy Kioto. Decydujemy się w końcu przez y. Tak jak jest w lokalnych angielskojęzycznych i hiszpańskojęzycznych przewodnikach. Co nas najbardziej kręci w Japonii? Konkretne reguły zachowań. Jest tu tyle ludzi, lokalnych plus turystów, że zasadą jest by być cicho, na ulicy, w restauracjach, w miejscach publicznych. Nie gadać głośno, najlepiej milczeć lub szeptem. Krzyki są niedopuszczalne. To kolosalna odmiana po latynoskich klimatach, w których spędziliśmy ostatnie pół roku. Niesamowite w Japonii jest też nieśmiecenie. Nie ma śmietników na ulicach, ale każdy śmieci nosi ze sobą i szuka miejsca. Nie ma ŻADNYCH tak naprawdę śmieci na ulicach. Nie to co w Meksyku. Jest też zakaz palenia na ulicy. Nie ma w zasadzie ludzi palących publicznie, a jeśli już to w wydzielonych obszarach. W Tokio na przykład widzieliśmy specjalną strefę w mieście, wydzieloną ściankami.

Niesamowite są łazienki. Po pierwsze zachwycają nowoczesne toalety. Deski sedesowe są zwykle podgrzewane, a panel sterujący pozwala na uruchomienie strumienia wody, który leci bezpośrednio na miejsca intymne, obmywając je. Można ustawić sobie ciśnienie strumienia. Niektóre lepsze modele mają także funkcje suszenia tego miejsca…

Na najbliższe 4 poranki nie mamy zorganizowanego śniadania. W naszej opcji noclegowej nie było w tym obiekcie takiej opcji. Zatem ruszamy rano na miasto z pierwszym celem znalezienia czegoś do jedzenia…. Po jakichś 500 m marszu z parasolkami bo dziś znowu popaduje, znajdujemy hotel z przeszklona fasadą i widzimy zaciszne miejsce oraz ludzi jedzących posiłek. Wchodzimy i zamawiamy po zestawie śniadaniowym. Jest całkiem smaczny i nawet spory w cenie 1700 Yen. Nie ma co, szukać dalej bo czasu szkoda, a głód się wzmaga…

Posileni ruszamy w kierunku Pałacu Cesarskiego w Kyoto. Niestety, zanim przebrniemy przez cesarskie ogrody jesteśmy już wykończeni łażeniem, a gdy dochodzimy do bram pałacu, okazuje się że dziś zamknięte. No tak to jest. Rzucamy okiem przez bramy, ale nie wejdziemy.

Decydujemy zatem, że pojedziemy autobusem do świątyni Kinkakuji. Tak też robimy. Kawałek podchodzimy do przystanku. Wsiadamy do autobusu. Wsiada się środkowymi drzwiami, a wysiada przednimi. Obok kierowcy jest wrzutnik pieniędzy za bilet, lub można skorzystać z czytnika biletów, my mamy kupioną na lotnisku w Tokyo kartę Suica, więc jest łatwiej. Pyk, i karta odbita (schodzi za kurs 230 yenów).

Zanim jeszcze jednak dojedziemy do świątyni Kinkakuji decydujemy się coś zjeść, jakiś mały obiadek. Znajdujemy ekonomiczną sieciówkę i jemy ryż i makaron…

Świątynia Kinkakuji zachwyca nas. Po pierwsze ma się wrażenie , że jest wybudowana na wodzie, po drugie błyszczy się i złoci z daleka, bo jej ściany są pomalowane na ten właśnie kolor. Ludzi sporo, każdy robi zdjecia, dookoła piękna roślinność. Jest duchowo. Oczywiście sporo kramów przy wejściu i wyjściu. Ludzie uwielbiają kupować…

Główne i chyba jedyne wejście do świątyni
bilety do świątyni (500 jenów za osobę)
świątynia Kinkakuji

Decydujemy się zaliczyć jeszcze dziś bambusowy las. Jedziemy zatem autobusem, potem przesiadamy się na pociąg i dojeżdżamy do Arashiyama. Tutaj spacerujemy między świątyniami, a później w bambusowym lesie. Po prawej i lewej stronie alei rosną gęsto cienkie, wysokie na parędziesiąt metrów bambusy. Wygląda całkiem zjawiskowo. Sporo ludzi. Niestety pogoda nas dziś nie rozpieszcza. Właśnie w lesie bambusowym rozpadało się okrutnie. Dobrze, że zabraliśmy parasolki.

W ogóle w Tokyo czy Kyoto ciekawa sprawa z tymi parasolkami. Możesz kupić prawie na każdym rogu, możesz też pożyczyć z hotelu. Czasem możesz też znaleźć na ulicy, bo ktoś swoją porzucił…

Idziemy jeszcze do Parku Małp – Arashiyama Monkey Park. Trochę to kosztuje, a w dodatku trzeba wchodzić pod górę, dosyć wysoko. Wdrapujemy się przez 20 minut, wykończeni. ale warto. Na górze jest park małp, żyją tu na wolności, skaczą po drzewach. W parku jest pomieszczenie, gdzie to człowiek jest w klatce, a małpy są karmione orzechami (fistaszkami kupionymi tuż obok), przez kraty. Trochę tak, jakby to człowiek był w klatce.

Poza tym małpy chodzą luzem i można jest spotkać w najmniej oczekiwanych miejscach. Oczywiście trzeba uważać, nie pokazywać im jedzenia, nie patrzeć prowokacyjnie małpie w oczy, i naturalnie nie podchodzić za blisko, zwłaszcza z aparatem czy komórką.

Deszcz powoli ustał, wsiadamy w autobus i jedziemy do centrum. Przed nami ostatnia na dziś atrakcja – restauracja Gusto, gdzie zamówione dania przywozi robot. Całkiem to śmieszne i jakże japońskie. Umawiamy się na tą kolację z Pawłem i jego córką Julią i spędzamy blisko dwie godziny na pogawędce.

Odbieram tacę z jedzeniem, którą przywiózł robot…

Wracamy piechotą do miejsca naszego spoczynku na dziś. Uff.. znowu dłuuugi, ekscytujący dzień, po brzegi wypełniony przygodami i ciekawymi miejscami i pysznym jedzeniem.

30.04.2024

—————————–

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.