Przez Atlantyk – trzydziesty siódmy dzień wyprawy

Znowu stoimy, wczoraj mieliśmy wrócić na statek najpóźniej do 16. Niestety jakieś komplikacje i opóźnienie z rozładunkiem trzyma nas jeszcze w Zarate. Po śniadaniu zaczynamy pakować się ponownie do worków i sakiew. Przez miesiąc na statku jakby przybyło nam ubrań, bo nie chcą się zmieścić… Ale to przez to, że wypięliśmy podpinki i membrany przeciwdeszczowe z ubrań motocyklowych. A tak na marginesie, to jeszcze nie wiem jak wytrzymamy w tym upale w naszych ubraniach. Szczególnie podczas przejazdu przez miasta i w samych miastach. Bo na trasie, to nie będzie problemu. Trochę będziemy się gotować, ale bezpieczeństwo jest ważniejsze. Tak więc nasze pakowanie prawie skończone. Torby i sakwy stoją już pod drzwiami i czekają. W końcu około 14 godziny rampa wjazdowa do statku zaczęła się podnosić i zaczęliśmy manewr odcumowywania. Holownik odciąga nasz statek od nabrzeża i ruszamy. Upał jest ogromny. Co prawda pojedyncze chmurki czasem przysłaniają na chwile słońce, ale nie wiele to pomaga. Na dodatek cały pokład statku i jego ściany są z metalu. Rozgrzane tym upałem potęgują jeszcze upał.Przez kilka godzin z prędkością około 10 km/h, meandrującą rzeką płyniemy w kierunku naszego ostatniego portu Montevideo. Teren dookoła nas jest płaski. Po lewej burcie statku nad brzegiem ciągną się domki letniskowe. Każdy ma małą przystań dla łódki. Wygląda jakby była to jedyna możliwość dostania się do nich, ponieważ zaraz dalej ciągnie się aż po horyzont las i mokradła. Czasem z wody przy brzegu wystaje nadbudówka lub dziób zardzewiałego wraku statku. Czasem stoi opuszczona barka. Zapada zmrok. Zaczyna latać wokół nas ogromna ilość różnych nocnych „robaków”. Z nadzieją, że jutro zejdziemy na ląd idziemy spać.