Dzień pięćdziesiąty czwarty – 16.11.2018
W nocy budzi mnie deszcz. Pada, niby intensywnie, ale na szczęście po dziewiątej przestaje. Jesteśmy w Jose Batlle y Ordonez. Trzęsłam się pół nocy, od od wczorajszej dziennej temperatury ponad 30 stopni, w nocy spadła do 10. W samochodzie 14 stopni. To za zimno. Śniadanie jemy późno, już w mieście, gdzie kupujemy masło I tak sobie przystanęliśmy na jednej z uliczek. PO pół godzinie przychodzi do nas starsza pani, która nas zaprasza do swojego domu. Jej mąż podarowuje nam mapę i tłumaczy jak dojechać do Durazno (gdzie zmierzamy w drodze do Mercedes). Ciekawi ludzie. Ona, bardzo uzdolniona manualnie. Pokazuje mi piękne obrazy na ścianach, które namalowała, pokazuje swój ogród (no.. powiedziałabym eufemistycznie że bardzo rustykalny).
Defender spisuje się na razie całkiem dobrze, co prawda jazda po drogach nieutwardzonych przyprawia mojego męża o palpitację serca I cały czas robi co może, żeby nie rzucać mięsem, a nie może zrobić nic. Więc rzuca. (dla osób nie rozumiejących języka polskiego, mój mąż po prostu przeklina. Bardzo).
Po południu przyjeżdżamy do Sarandi del Yi. Yi to nazwa rzeki. Lokujemy się w miejskim parku, gdzie trwają przygotowania do jutrzejszej fiesty – zawodów w pieczeniu barana. W sobotę ma być fiesta, w niedzielę rywalizacja. Zostajemy, dokupujemy w miasteczku mięso, potem przez pół wieczoru grillujemy, wystawiamy stolik, krzesełka.
Oprócz mięsa robimy też pieczoną paprykę (moją ulubioną) i grillowanego bakłażana. Oczywiście robimy to na naszym nowym grilu. Wreszcie odczepiliśmy go od koła zapasowego i zjęliśmy na dół, by użyć.. Do kolacji kupujemy wino w kartonie. Życie nabiera sensu. Życie nabiera sensu.






