165 dzień podróży
Wstajemy skoro świt. 6.30. Już dawno nie wstawaliśmy tak wcześnie. Ale dziś jedziemy do Parku Narodowego Wrangell St Elias. Jedziemy zobaczyć lodowiec. A jak się później okaże, nawet na niego wejść. Najpierw jednak z naszego dzikiego noclegu jedziemy do Chitina. Tam spotykamy się z Nataszą Caban i jej partnerem Marcinem i jego córką Karoliną. Kawa, śniadanie, rozmowy. Wszystko już wiemy. Jednak jedziemy zobaczyć lodowiec, a już myśleliśmy że nie.

Tylko dlatego że trzeba 60 mil zrobić po szutrze. Szuter nie byle jaki, bo tarka i dziury, najgorsza kombinacja. Jedziemy tak i jedziemy. Owszem widoki piękne, rzeki, jeziora, jeziorka, strugi wodne, góry.

Dojeżdżamy do McCarthy. Tam trzeba zostawić auto na parkingu (5 USD), przejść przez most i tam złapać miejscowy wahadłowy busik. Za 5 USD od osoby wiezie nas do wioski Kenecott. To nasz cel na dzisiaj. Stąd idziemy około 2 mil na lodowiec Root Glaciar. A potem na niego się wdrapujemy. Cała powierzchnia lodowca jest z początku przybrudzona jakby piachem, ale potem już biały lodowiec, poprzetykany nitkami strużek, gdzie nie gdzie przecięcia i pęknięcia lodowca. Wszystko wygląda pięknie, zwłaszcza szczeliny (niewielkie ale jednak) pomiędzy lodowcami. Dużo jest też takich delikatnych cieków wodnych. Trzeba uważać. Rekomendujemy wypożyczenie w Kennicott raków, my oczywiście tego nie zrobiliśmy, ale zdecydowanie lepiej, komfortowiej i bezpieczniej wchodzi się w tym na lodowiec.


Lodowiec robi na nas duże wrażenie. Pierwszy raz jesteśmy na takiej dużej lodowej powierzchni, błękitnej aż od słońca. Trochę mieliśmy szczęścia, bo dziś właśnie okno pogodowe i udało nam się bez deszczu (który zapowiadali w prognozie) wejść i zejść z lodowca.
Wracamy znowu wahadłowym autobusem. Tu uwaga, autobus zamiast jechać do miejsca gdzie wsiedliśmy nieco zbacza i jedzie do osady McCarthy. Okazuje się, ze to całkiem ciekawe, rozbudowane w swej infrastrukturze miasteczko z niepowtarzalnym klimatem i atmosferą dawnych czasów. Jakby czas zatrzymał się w miejscu…
Ok. z McCarty wracamy busem do początkowego miejsca, przechodzimy przez most i idziemy na parking po naszego Defenderka. Szybciutko robimy sobie na parkingu tuż obok hamburgery, bo już padamy z głodu. Komary trochę nie dają nam żyć, także odganiamy się i trochę klniemy. Najedzeni jedziemy z powrotem. Niestety to 60 mil (mila to 1,7 km..czyli 102 km) trzeba wrócić tym cholernym szutrem. Kiedy na powrocie dojeżdżamy do Chitina, gdzie zaczyna się asfalt, głowa nam już pęka od tego jazgotu w aucie, bo tarka i dziury i szuter robią swoje, czyli hałas.


Krótka przerwa, potem znowu ruszamy. Przez chwilę myślimy, żeby może dojechać dziś do Valdez. Niestety jesteśmy zmęczeni i dojeżdżamy do parkingu, gdzie staliśmy wczoraj, jakiś 10 km przed skrzyżowaniem dróg nr 10 i 4.
11.08.2023
————————————-



