Argentyna – Dzień 218

tren

Dzień dwieście osiemnasty 29.04.2019

Znowu dzień pracowity, a nawet bardzo.. Zrywamy się skoro świt po 8.00. Zjadamy spokojnie hotelowe śniadanie. Nic nie mówimy, bo jak zwykle nie jest to szczyt marzeń pieczywo tostowe, ser żółty, jogurt, kawa wołająca po pomstę do nieba i medialunas. Ale w końcu trochę nam chodzi o to, by napełnić żołądki, by przynajmniej do 14.00 nie zajmować się jedzeniem. Priorytetem na dziś jest załatwienie ubezpieczenia (w piątek nie udało nam się tego ogarnąć). Jedziemy do Boliwii i Peru, nie chcemy zostać bez ubezpieczenia. W ciągu 2 godzin udaje nam się znaleźć agencję, która jako nieliczna zajmuje ubezpieczaniem aut dla obcokrajowców. W Argentynie nie jest to takie proste… Okazuje się, ze sprzedawca ubezpieczenia miał dziadka Polaka. Nie udaje mu się wymówić ani „sz”, ani „cz”, nie mówi ani słowa po polsku. Tak to właśnie jest… Nie ma potrzeby. Dziadek najprawdopodobniej Hryhynczuk. Ale już nie wchodzimy w to głębiej. Jak ktoś bardzo chce, to w Argentynie co piąty człowiek ma polskie korzenie (oczywiście liczba statystyczna wyssana z palca…ale tak nam się zdaje..). Spotykaliśmy wiele osób, które przyznają się do polskich przodków.

Po sfinalizowaniu ubezpieczenia idziemy do Personal. To jedna z trzech sieci komórkowych funkcjonujących w tym kraju. Jedyna, której karty (chipa) nie mamy. Dwie godziny zajmuje nam załatwienie tej sprawy. Pełno ludzi, pełno problemów, długie kolejki, wiele stanowisk, przez które trzeba przejść(cztery!! – recepcja, pani która spisuje z paszportu, okienko gdzie odbierasz chip, kasa, gdzie dostajesz i odbierasz fakturę [na zero peso, karta nie kosztuje, tylko doładowanie]). Dzielnie wszystko załatwiamy, chociaż krew buzuje w nas mocno.

Potem wracamy do hotelu, robimy zakupy w Vea, jednym w kilku sieciowych marketów. My do VEA to już nawet mamy kartę bonusową, także płacimy mniej o 100 peso. Wyjeżdżamy z Salty, jedziemy w kierunku San Antonio de Los Cobres. Chcemy zobaczyć wiadukt Polvorillo, którego nie udało nam się zobaczyć cztery lata temu. Powoli wspinamy się na wysokość 3600. Wystarczy. Wiadukt jest na 4100 mnpm. Musimy się zaaklimatyzować. Po drodze seismiles, nie będziemy ryzykować bólu głowy i trudności z oddychaniem. Zatrzymujemy się wiec jakieś 50 km od San Antonio de Los Cobres, jemy kanapki na kolację i spać.

Napisz do nas
Facebook
YouTube