334. Hawajskie wakacje…

334 dzień wyprawy

Dzisiaj równie intensywny dzień, co wczoraj, chociaż można powiedzieć, że mocno plażowy. Bo przecież czego jak czego ale plaż na Hawajach jest dostatek… Dzień może mniej obciążający niż wczoraj, bo zdecydowanie zrobiliśmy mniej kilometrów i byliśmy na zdecydowanie niższej wysokości niż wczoraj ( a przypominam, wczoraj wjechaliśmy na Mauna Kea na prawie 14 tysięcy stóp… :).

Wstaliśmy nieśpiesznie, powoli. Słóńce powitało nas nieśmiało wyglądając zza palm, które tu przy domu rosną. Zeszliśmy do kuchni na śniadanie. Wypiłam kawę, ale z jajecznicą musieliśmy poczekać. Trochę to jednak dyskomfort, że kuchnia jest również królestwem właścicieli obiektu, w końcu to ich duży dom. Musieliśmy zatem czekać, aż oni sobie zrobią śniadanie, a potem mogliśmy dopiero przystąpić do robienia jajecznicy…

Posileni posiłkiem wyruszyliśmy w stronę Parku Wulkanów. Zadecydowaliśmy jednak, że wstaniemy jutro po 5 rano i ruszymy przed otwarciem bram. Dziś tylko rozpoznaliśmy gdzie jest wjazd.

Pojechaliśmy zatem dalej na słynną plażę Punalu’u. Jest to plaża z czarnym wulkanicznym piaskiem. Myśleliśmy początkowo że to będą jednak takie wulkaniczne kamyczki, a to regularny, czarny piasek. Niesamowite, trochę jak węgiel. A to wszystko „spiaskowana” lawa wulkaniczna.

czarny jak smoła piasek… wulkaniczny…

Później podjechaliśmy na plażę Whittington, gdzie patrzyliśmy jak fale obmywają klify… Potem zadecydowaliśmy się pojechać na Ka Lae, czyli South Point. Najdalej na południe wysunięty punkt i wyspy Big Island, ale co istotniejsze jest to najbardziej wysunięty na południe punkt Stanów Zjednoczonych. Tak, tak. Wcale nie Floryda ze swoim Key West, tylko właśnie Ka Lae na Hawajach jest najbardziej na południe wysuniętym miejscem w USA.

Tutaj czekała nas nie lada niespodzianka. Jest sobie taki punkt, gdzie śmiałkowie skaczą do wody z urwiska. Nie ma tu plaży, tylko kamieniste klify.

I właśnie patrzyliśmy jak śmiałkowie i ryzykanci skaczą do wody. W pewnym momencie okazało się, że jeden skośnooki człowiek, niestety, pomimo, że wyglądał na całkiem sprawnego, nie może się wgramolić na drabinę, która pozwala wrócić na skraj urwiska.

Po prostu nie miał w ogóle siły w rękach, by się podnieść do góry. Podobno jest tak, że gdy jest nieco większy odpływ, ta drabinka jest zbyt wysoko, żeby się podciągnąć. Przez ponad pół godziny patrzyliśmy razem z grupą innych osób, jak jeden człowiek doskoczył do niego do wody i próbował mu pomóc się wydostać. Wszelkie próby spełzły na niczym. Już myśleliśmy, że to będzie straszne, ale prawdziwe, że go nie wyciągną z wody, ale finalnie grupa mężczyzn rzuciła mu kamizelkę ratunkową i taki pływak, pozwoliło to utrzymać mu się na powierzchni. Potem linami podprowadzili go kilkaset metrów dalej, gdzie po skałach można było jakoś się wdrapać z powrotem. Wszystko jednak wyglądało bardzo słabo i mieliśmy już czarne wizje. Na szczęście skończyło się dobrze.

Po tym dramatycznym zdarzeniu ruszyliśmy w drogę powrotną do naszego Kurtistown. W zasadzie zadecydowaliśmy by dojechać do Hilo i się posilić. Ponieważ odkryłam wczoraj Poke (wymawiaj pouki) to dziś zaserwowałam sobie cały „poke bowl”, czyli całą miseczkę pysznych surowych ryb pokrojonych w kostkę i zmieszanych z tajemnymi substancjami. Jakiś sos, a właściwie różne sosy, do tego ryż i ogórek także w kostkę pokrojony. Dobre. to są właśnie moje smaki. Krzysiek pozostał przy zestawie firmy której nazwy tu nie wymienię, a której logo jest żółtym, dużym „em”. 🙂

Poke bowl.

Całkiem mocno zmęczeni wróciliśmy do domu. Tutaj prędziutko wzięliśmy prysznic. Gospodarze mają tutaj oczywiście problem z wodą. Pomimo, że jesteśmy w obszarze, gdzie spada najwięcej chyba w całych stanach wody w ciągu roku. (Podobno potrafi to dojść do ponad siedmiu tysięcy milimetrów w ciągu roku), dalej jest problem. Dlatego właściciel domu w którym mieszkamy zbiera deszczówkę i zrobił przydomowy zewnętrzny prysznic. Dwuosobowy. Dziś z niego skorzystaliśmy. Jest nawet fajny. Duży, przestronny, z mnóstwem storczyków, Jest ciepła woda i ciekawa atmosfera. Dookoła kabina jest ogrodzona bambusowymi przegrodami.

Uff. Wieczór upływa spokojnie, cicho, miło. Jest pięknie. Piękne hawajskie wakacje…

27.01.2024

——————————–

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.