335 dzień wyprawy
Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy bardzo wcześnie. Prawie jak na komendę obudziliśmy się chwilę po 5 rano. Na dworze było jeszcze całkiem ciemno. Po cichu, żeby nie narobić hałasu ogarnęliśmy się i wyruszyliśmy w drogę do wulkanów… Naszym celem był Hawaiʻi Volcanoes National Park. To niezwykłe miejsce, a o jego niesamowitości mogliśmy przekonać się już wkrótce…





Po pokonaniu około 20 mil, wjeżdżamy do parku główną bramą. Nikogo na niej jeszcze nie ma i jest wciąż ciemno. Rozglądamy się przez chwilę w centrum informacji, ale niestety jest też zamknięta. Decydujemy się pojechać na pierwszy punkt widokowy. I to był strzał w dziesiątkę! Dookoła ciemność, a na horyzoncie zaczęła pojawiać się czerwona poświata. Z każda minutą była coraz jaśniejsza. W jej promieniach zaczęliśmy dostrzegać unoszący się dym z ogromnej doliny przed nami. W ciągu kilku minut ujrzeliśmy kilku kilometrowej szerokości krater wulkanu….





Tunel po lawie…
Jednym z ciekawszych miejsc w tym parku na Hawajach jest naturalny tunel wydrążony przez przepływającą w przeszłości lawę. Schodzimy do niego po kilku poziomach schodów. Całe szczęście wewnątrz założono oświetlenie, bo ciemność byłaby całkowita ;). Tunel lekko zakręca i ma około 200 m długości. Po drugiej jego stronie znajdują się podobne schody którymi wychodzimy na powierzchnię.


Zaczęty bardzo wcześnie dzień daje nam się we znaki. Dosyć mocno zmęczeni decydujemy się wjechać na koniec wyspy, tam gdzie lawa utworzyła swoisty łuk opadający do morza (Holei Sea Arch). Trzeba znacznie odjechać od głównego wjazdu do parku, a do tego jeszcze sporo zjechać w dół…

Widok rekompensuje duże. Dookoła mnóstwo lawy, jest jej zdecydowanie najwięcej ilościowo, jak do tej pory widzieliśmy, a widzieliśmy już wiele wulkanów zarówno w USA, jak i w Ameryce Południowej. Lawa powstała po wybuchach i erupcjach Kilauea rzeczywiście jest wyjątkowa.
Decydujemy by podjechać jeszcze na punkt widokowy pod Mauna Loa. To z drugiej strony drogi nr 11, natomiast niestety, pomimo że wjeżdżamy na nieco ponad 2 tysiące metrów nad poziom morza, to i tak nie udało nam się zobaczyć wulkanu Mauna Loa. Trzeba by iść 18 mil w jedną stronę. To już dziś nie dla nas.
Dla nas teraz Hilo, wracamy wobec tego do miasta, na jedzonko. Każde z nas tradycyjnie. Krzysztof wiadomo: zestaw. Ja dziś jak zwykle Poke i do tego próbuję hawajskie ziemniaki. To dopiero cudo.
Nazywa się 'uala i jest fioletowe. W smaku słodkie, bo to raczej słodkie ziemniaki, przywiezione na Hawaje przez Polinezyjczyków.

Zmęczeni, tuż przed 16 wracamy do naszego Arbnb, odpoczywamy. W końcu wakacje.
Ale co jak co, muszę przyznać, że roślinność na Big Island Hawaii mnie zachwyca…



Aha, i oczywiście znowu sobie przypomniałam, że maracuja, zwana także passion fruit to mój ulubiony owoc (z bogatego zbioru moich ulubionych owoców)

28.01.2024
————————————–



