Przez Atlantyk/powrót – dwieście trzydziesty trzeci dzień wyprawy

at_29

Nerwowe sytuacje dziś od południa. Zeszliśmy przed obiadem zobaczyć jak tam się mają nasze motocykle. Patrzymy, a w jednym z nich uszkodzona jest szyba przednia i kierunkowskaz. Oczywiście, nikt się nie poczuwa do żadnej odpowiedzialności. Najpierw nerwowy, aż po brzegi chief mate – pierwszy oficer, stwierdził, że to uszkodzenie już było wcześnie. Później zaczął krzyczeć coś po włosku, czego oczywiście nie mogliśmy zrozumieć, skończyło się na tym, że poszliśmy nerwowi do kapitana. Ten w swój flegmatyczny, spokojny sposób, powiedział, że oni na statku nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, że niczego nam nie napisze, żadnego protokołu uszkodzenia, ani temu podobnych rzeczy. Że jego chief mate jest przepracowany i bardzo zmęczony i być może to tłumaczy jego zachowanie. Nam pozostaje tylko pisanie listu do naszego agenta. Czyli po prostu nic nie można zrobić. Najlepiej to mieć pełne ubezpieczenie na motory i może wówczas dostalibyśmy jakieś odszkodowanie na razie nic z tego. Nie chodzi o to, że jest uszkodzenie, w sumie jest niewielkie, ale bardziej chodzi o fakt, że nikt tu się do niczego nie poczuwa. Utwierdza nas to w przekonaniu, ze Grimaldi traktuje pasażerów jak dopust boży i jako zło konieczne. A wcześniejsze nie które informacje wyczytane w necie potwierdziły się na naszej skórze. Wiedzieliśmy, że pasażerowie powinni mieć ubezpieczenie na czas podróży i takowe mamy. Ale tu chodzi o sposób załatwienia sprawy, ale o całokształt zachowania się w szczególności chief mate. Dwa dni temu nakrzyczał na pasażerów na pokładzie, że ciągle robią zdjęcia… No i razem z kapitanem pali papierosy w messie podczas posiłków…

Wczoraj pojawili się nowi pasażerowie. Trzy pary francuskich emerytów wraz ze swoimi camperami. Jedni są całkiem sympatyczni, mówią po hiszpańsku, także odświeżyliśmy naszą znajomość tego języka. Od razu od kolacji wprowadzono nowe porządki. Kolejne zmiany mające na celu oszczędność wina i wody! Możesz zamówić sobie albo wino, albo wodę, albo colę. Nie ma już wody dostępnej dla każdego. Cóż, podobno oszczędzać już można na wszystkim. Dziś po obiedzie, Bryan (nasz steward) nawet nie zapytał o to, czy chcielibyśmy kawę. Och! Jakże już chcielibyśmy wysiąść! Gdybyśmy tylko mieli przegląd na jeden z motorów, wysiedlibyśmy w tej Antwerpii i nie oglądalibyśmy się w ogóle na statek Grimaldiego. Postanowiliśmy jednak dać się uspokoić naszym nerwom i wyczekać do tego Hamburga. Mamy nadzieję, że jutro wieczorem tam dopłyniemy, a pojutrze, z samego rana będziemy już przemieszczać się przez Niemcy, by dotrzeć do Polski. Nie zmienia to faktu, że dziś jesteśmy bardzo zdenerwowani. Zaczęliśmy się pakować i jesteśmy gotowi do wyjazdu. Jeszcze tylko jutro trzeba wytrzymać. Tranquilo!

Napisz do nas
Facebook
YouTube