Argentyna – czterdziesty piąty dzień wyprawy

Buenos Aires

Buenos Aires

Rano wstaliśmy pełni dobrej energii, chociaż jak czuliśmy temperatura tutaj nie jest komfortowa. Historyczne upały dają nam się we znaki. Odczuwają to też Argentyńczycy. Pogoda ma jutro się zmienić, ma padać i się ochłodzić. Aż do 20 (!) stopni.

Po porannej kawie wyruszamy na miasto. Bierzemy jeden motocykl i jedziemy (ekonomiczniej i bezpieczniej). Odpinamy sakwy i bierzemy kurtki z membranami. Po wczorajszym deszczu nie chcemy ryzykować. Alejandro postanowił, że będzie nas pilotował do centrum. Mamy około 35 km do przejechania. Wjeżdżamy na autostradę (Autopista del Sol). Cztery pasy a na każdym sporo samochodów. Buenos Aires to jedno z największych miast Ameryki Południowej. Cały obszar metropolitalny zamieszkuje ponad 12 milionów osób, a w samym centrum mieszka prawie 3 miliony ludzi. Wjeżdżając na peryferie miasta czuje się już oddech dużej aglomeracji.

Pomimo że upał daje się ostro we znaki, walczymy dzielnie. Priorytetem jest dla nas doprowadzenie naszego projektu poszukiwania potomków pasażerów Chrobrego. W pierwszej kolejności jedziemy do ambasady. Na miejscu pod bramą okazuje się, że z powodu sezonu urlopowego nikt nie ma czasu porozmawiać, odsyłają nas na jutro, pojutrze, po weekendzie. Nie mamy tyle czasu by zostać tak długo w Buenos Aires. Zaraz przypomina nam się Gombrowicz i Transatlantyk. Komentujemy jak możemy i jedziemy do Domu Polskiego na Jorge Luis Borges. Okazuje się że są wakacje i do lutego nikt nie będzie osiągalny. Wpadamy w coraz większe rozdrażnienie, pewnie ma na to wpływ również upał, który jest tak wielki, że nie chce się myśleć. Duży ruch na ulicach, lekka wolna amerykanka w stylu kierowców spychających motocykl na dalszy plan nie sprzyja normalnej jeździe. Decydujemy się jeszcze podjechać na najbardziej znany cmentarz w Buenos Aires Recoleta. Oglądamy grób Evity Peron, robimy parę zdjęć i wracamy do domu.

SONY DSC

SONY DSC

Po drodze zakupy, bo obiecaliśmy wczoraj, że zrobimy typowe polskie danie – pierogi ruskie. To był jeden z głupszych pomysłów na jakie mogliśmy wpaść. Gorąco jak nieszczęście a my gotujemy – najpierw ziemniaki, potem cebulkę smażymy, potem gotujemy pierogi. Ogień bucha, para i pot pokrywa nas od stóp do głów. Ricotta którą dodajemy do nadzienia nie do końca spełnia nasze oczekiwania, ale cała rodzina która się zebrała, dzielnie daje radę i je z nami pierogi, co niektórzy kurtuazyjnie mówią, że są „muy rico”, czyli dobre.

SONY DSC

SONY DSC

Wieczór upływa nam na opowieściach ze statku. Noc przychodzi szybko, powietrze schładza się do 26 stopni a niebo zasnuwa się chmurami. Przychodzi długa burza, która trwa pół nocy. Leje całą noc…

 

Napisz do nas
Facebook
YouTube