Dzień czterysta piętnasty 12.11.2019r
Wstajemy bardzo wcześnie i szykujemy się do powrotu. Wcześniej jednak Tymoteusz robi dla wszystkich pyszną jajecznicę z ogromnej ilości jajek. Zajęcia i zadania na misji są ściśle określone. Oczywiście reguluje je najbardziej rytm życia. Czasem jest jakiś pogrzeb, czasem wizyta u chorego, lub przedzieranie się przez kilka godzin przez Selve, do wioski do której nie ma drogi dla samochodu…
Żegnamy się z ogromną nadzieją, na ponowne spotkanie. Mamy plan, aby po opuszczeniu Valladolid przyjechać jeszcze tu, może na kilka dni nawet…
Droga powrotna jest już trochę łatwiejsza. Znamy niektóre jej odcinki, a i deszcze mocno zelżał. Po wjechaniu ponownie w wyższe partie gór, około 2300m całkiem się wypogodziło i świeci słońce. Mijamy też sporo wodospadów. Niektóre są całkiem spore.
Mijane wioski dostarczają nam też sporo atrakcji. Na przykład ciekawy sposób sprzedawania mięsa. Świnki wiszą sobie po prostu podwieszone za głowę i odcina się kupującemu wybrany fragment mięsa…
W Loja robimy ponownie przystanek na zakupy. Dziś kolacja na którą mają przyjechać poznani kilka dni temu Rosjanie z dwójką dziewczynek z wioski niedaleko Valladolid. Robimy mielone, jakąś sałatkę, brokuł i pieczemy chleb… Podpatrzyłem w Guaizimi wypiek Tymoteusza, który nam bardzo smakował. Chwilę po 18 zjawiają się goście w powiększonym składzie o 6 osób, w tym burmistrza Valladolid i kilkoro mieszkańców. W rytm kolejnej ulewy do jakich się już przyzwyczajamy w tym rejonie, biesiadujemy rozmawiając w trzech językach. Z mieszkańcami po Hiszpańsku, z Rosjanami po Angielsku, a z Łukaszem po Polsku…
————————-





