Argentyna – dzień 64

strona

Dzień sześćdziesiąty czwarty 26.11.2018

Rano budzi mnie ból. Od paru dni odkładam wizytę w aptece, łudząc się że przejdzie samo (!!!). Nie przechodzi. Trzeba jechać do apteki, bez problemu sprzedają mi antybiotyk. Furaginu nie ma, ale jest coś innego, co ma w składzie norloxacinę i fenazopiridinę, dwie tabletki kompleksowo, jedna co 12 , druga co 8 godzin. Może przejdzie.

Później śniadanie. To co w Argentynie jest śniadaniem, to my już wiemy. Słodkie ciastka, albo suche bułki z różnymi mazidłami można zjeść. Kurcze… a może jednak twarożek ze szczypiorkiem i rzodkiewką? Bardzo tęsknie za tym smakiem…

Wyruszamy zgodnie z planem o 10.00. tak zaplanowaliśmy i tak jest. Czule żegnamy sie z naszym dobroczyńcami w Posadas.

do strony s

Po drodze kupujemy dwa arbuzy za 100 peso (10 zł) i pięć kilo pomarańczy za 50 peso (około 5 zł). Owoce trzeba jeść, zwłaszcza lokalne.

strona 4

Jedziemy spokojnie drogą nr 12 w kierunku San Vicente, gdzie jesteśmy zaawizowani na dziś. Mijamy San Ignacio i w miejscowości Gobernator Roca wymyślamy sobie, ze skręcimy w lewo na Corpus Cristi. Na googlach nie ma drogi, nasz GPS pokazuje, że jest droga i to przez Rio Parana. Komu wierzyć? Dojeżdżamy do małej miejscowości. Corpus Cristi. Ot, tak trochę przypadkowo. Trochę robimy zdjęć, przy miejscowym małym kościele, trochę latamy dronem.

strona 1

Cisza, spokój. Gorąco. Nagle z głupia frant idę zapytać starszego człowieka, który klei ramki do zdjęć na zewnątrz domu, czy ksiądz jest Polakiem. Potwierdza, no, to już coś, sobie myślę. Ale niestety księdzu pojechał do Roca i dziś na pewno nie przyjedzie. Ale, dodaje starszy człowiek, w naszym miasteczku mieszka jedna Polaka, ale bardzo stara. Już po chwili rozmawiamy z panią Kozłowski, która mieszka cztery domy dalej. Obok niej mieszka syn z żoną. Od słowa do słowa, rozmawiamy po polsku ze starszą panią, która za chwilę śpiewa nam hymn po polsku (z takim specyficznym zaśpiewem).  Częstują nas chlebem, pani domu szybko smaży milanezy, taki rodzaj cienkich kotletów z wołowiny, panierowanych, smażonych na głębokim tłuszczu.

strona 2

Rozmawiamy o codziennym życiu,  standardowe tematy, a ile dzieci, a czym się zajmujesz. Dowiadujemy się, że jednak jest przejście graniczne w Corpus, pływa niewielki prom który przewozi także auta, także gdybyśmy chcieli to możemy przeprawić się na drugą stronę rzeki Parana.

strona 5

Potem jedziemy do wodospadów Tobay. Niezwykle malownicze, chociaż stosunkowo niewielkie. Wejście za darmo na pół godziny (żeby tylko zobaczyć wodospadzik), a jeśli chcesz zostać na dłużej to trzeba zapłacić. Dookoła przyjemna infrastruktura, kamienne stoliki, ławki, toalety, możliwość wynajęcia cabanasa (niewielkiego domku). Dookoła las, ptaki śpiewają, woda szemrze, a wodospad hałasuje. 25 kilometrów dalej kolejny wodospad, Capiovi. Równie piękny, troszkę wyższy, również z możliwością noclegu, za odpowiednią opłatą… Urokliwie.

strona 3

Jedziemy jeszcze drogą nr 14 do Caraguatay. Chcemy odwiedzić dom w którym przez cztery pierwsze lata swojego życia mieszkał Ernesto Che Guevara. Nie jest to jakoś specjalnie miejsce widoczne z drogi. W informacji turystycznej nie jest uwzględnione na materiałach reklamowych. Kilkukrotnie musieliśmy się dopytywać, aby znaleźć drogę która skręca w busz. Jechaliśmy nią około 6-7 km zbliżając się do Ria Parana, nad której brzegiem, na wzniesieniu  położony jest dom Che Guevary. Jak się okazało rodzice mieszkali tam przed jego urodzeniem, krótko przed jego urodzeniem przenieśli się do Rosario, by po kilku miesiącach przenieść się znowu do Caraguatay.

strona 6

Kiedy wyobrazimy sobie, ze 60-80 lat temu prowincja Misiones pozbawiona była dróg i cały transport osobowy i towarowy odbywał się rzeką, można zrozumieć styl życia i sposób funkcjonowania pierwszych osadników tej ziemi. Dla nas było to lekko dzikie miejsce, pomimo, że dojechaliśmy tam gruntową, w miarę komfortową drogę. Dla osadników życie tam stanowiło na pewno ogromne wyzwanie. Odgłosy selwy, roślinność która otacza dom, bardzo intensywna i zielona dodaje temu miejscu tajemniczości, magii i co tu dużo mówić stwarza w sercu zwykłego mieszczucha uczucie niedowierzania, jak można żyć w takim miejscu pełnym trudności.

Historia życia i legenda Che Guevary powodują że miejsce ma szczególny wymiar. W budynku zgromadzono wiele pamiątek. Na fotografiach widać historię rewolucjonisty środkowo i południowo amerykańskich krajów.  Niewiele osób tam trafia, jak powiedział nam pilnujący tego miejsca swoisty przewodnik, który opowiedział nam wiele ciekawostek.

Późnym popołudniem ruszamy do San Vicente Mamy dotrzeć do Redemptorystów, w tym najsłynniejszego w Misiones – ojca Jorge Maniaka, który już jest dobrze po 70, a San Vicente zawdzięcza mu dużo, bo jego wkład w rozwój miasta jest niewątpliwy. Nawet ma swoją ulicę przy kościele. Na plebanię zajeżdżamy już po ciemku.

Czeka na nas Padre Jorge. Otwiera bramę, wjeżdżamy samochodem na teren posesji, normalne czynności przygotowawcze, nagle, niespodziewanie poczułam silne  ściśnięcie lewej łydki, a później już ból. Kątem oka zauważyłam psa, który po prostu ugryzł mnie, bo weszłam mu na jego teren, bo jest nie przyzwyczajony do Kobiet (chyba coś mówiłam i może częstotliwość kobiecego głosu mu nie podpasowała). Pies duży, z ostrymi zębami, co mogłam sprawdzić na własnej skórze. Pilnuje tu posesji. W każdym razie poczułam ból i chyba krzyknęłam. Momentalnie krew pojawiła się z rany, pobrudziła podłogę.

strona 1

Pojechaliśmy do szpitala. Tam Pan doktor ranę zobaczył, znieczulił, zdezynfekował, oczyścił (?) założył parę szwów i dał receptę na medykamenty. Tak wiem, wszyscy mnie pytali czy dali mi zastrzyk przeciw wściekliźnie, czarnej grypie, zielonej febrze i coś tam jeszcze. A i przeciw tężcowi. Nie, nie dali. Pies tutejszy, plebanny (jest takie słowo?), szczepiony. Damy radę.

strona 2

Wróciliśmy na plebanię, dostałam osobny pokój, Krzysiek się śmiał, ze izolatka, ale chodziło o to, żebym miała blisko do pożywienia (czytaj: do stołówki), i żeby nie chodzić po schodach. A łóżko w izolatce wąskie i we dwoje byłoby nam bardziej niż niewygodnie.

Krzysztof dostał wielki pokój w internacie, z dziewczętami. No dobrze, dobrze… tylko na noc tam chodzi…

Napisz do nas
Facebook
YouTube