Argentyna – Dzień 74

sss

Dzień siedemdziesiąty czwarty 06.12.2018

Dziś w planie wodospady Mocona. Wyruszamy skoro świt, po dziewiątej Rano Krzysiek robi śniadanie, jajecznicę. Jajka tu są od kur, nie ze sklepu. Co sobotę wierna pani przynosi woreczek jaj i po żółtku można poznać, że to po pierwsze świeże zbiory, po drugie, że kury biegają luzem, skubią trawkę, a nie są hodowane w kurzych fermach, bez miejsca na nic, nie mówiąc o swobodnym wybiegu. Jajecznica ze szczypiorkiem zawsze ma sens.

Wyjazd do Mocona planowaliśmy już ponad cztery lata temu, kiedy to byliśmy w San Vicente. Niestety wtedy był za wysoki poziom wody.  Tym razem mieliśmy nadzieję ze uda się zobaczyć wodospady..

Mocona to szczególne wodospady. W tym miejscu rzeka Uruguay ma pewien geologiczny defekt i tworzy się jakby uskok wzdłuż nurtu rzeki. Kiedy jest niski poziom woda przelewa się jakby w poprzek rzeki, tworząc malownicze wodospady na długości kilkuset metrów. W języku Indian Guarani, rdzennych mieszkańców tych terenów, Mocona oznacza „to, co połyka wszystko”.

Jedziemy krótszą drogą, ale zdecydowanie bardziej wymagającą. Z San Pedro do Mocona mamy troszkę ponad 100 km, z czego ponad 70 kilometrów drogą nieutwardzaną, sam szuter, kamienie, rekomendują w przewodnikach jedynie jazdę samochodem 4×4. Takowy posiadamy więc się decydujemy, chociaż myślimy długo (od wczoraj). W końcu Krzysztof mówi – jak nie spróbujemy, to nigdy nie będziemy wiedzieć, jak ta droga wygląda i czy warto nią jechać, czy nie

tronka

No dobrze, decyzja zapadła, wiec jedziemy. Wjeżdżamy w El Paraiso, początkowo droga jest całkiem dobra, co prawda nie ma asfaltu, ale jest fajnie wyjeżdżona, twarda i nie wydaje się całkiem pylista. Co kawałek jest jakaś chatka, jakieś domostwo, kaplica. Dużo lasu, krzewów yerby. Później droga robi się coraz bardziej kamienista, coraz bardziej pylista, coraz bardziej stroma. PO 30 kilometrach zdajemy sobie sprawę, że rekomendacje jazdy jedynie samochodem z napędem 4×4 ma swój sens. Przed nami jeszcze więcej niż połowa, a już wiemy, ze nie jest łatwo. Może dlatego, ze w naszej świadomości jest to, że nasze auto może jest przystosowane do jazdy po takim terenie, ale też z drugiej strony chcemy by jeszcze nam służyło w Ameryce Południowej (bez dodatkowych kosztów wymiany części) przynajmniej rok. Wiec nie chcemy ryzykować uszkodzenia auta, co może generować koszty lub co gorsza, uziemić nas na dłuższy czas w jednym miejscu.  Krzysiek co chwila mi powtarzał, ze mamy półośki za 100 złotych, i bardzo łatwo je uszkodzić (chińskie dziadostwo). Elementy przeniesienia napędu nie są zbyt dobrej jakości w naszym wozie. Z perspektywy czasu oceniając inne usterki, które mieliśmy, bardzo mocne naprężenia na ramie (wibracje) są zabójcze i destrukcyjne dla auta.

Ale jedziemy. Jest pięknie. Dookoła bardzo gęsta selva, gęste lasy pełne niezmierzonej zieleni. Od początku jak tylko wjechaliśmy w gęstwinę, mnóstwo motyli. Najpierw żółte, latające zwykle w parach, potem  brązowe (ze skrzydłami na których widać dwie ósemki (ocho, ocho). Potem prześliczne niebiesko żółte… Te niebiesko żółte są niesamowite, bo po złożeniu skrzydeł motyl ma skrzydła niebieskie i jest to taki niebieski azul, mocno jakby fluorescencyjny, odbijający słońce w taki mieniący się sposób, a wewnątrz skrzydła są żółte. Przepiękne.

I tak jedziemy te siedemdziesiąt kilometrów z prędkością nie większą niż 35km/h, miejscami na podjazdach bardzo zwalniając. Wiele kamienistych trawersów nie można by pokonać bez napędu 4×4.

tronkass

Dojechaliśmy w końcu po dwóch i pół godzinach tym szutrem do asfaltowej nr 2, i już tylko z 15 km asfaltem dojechaliśmy do parku Mocona. Nowa droga, cztery lata temu droga ta była jeszcze szutrowa, teraz asfalt jest równiutki, a co kawałek można zatrzymać się na punktach widokowych, ze specjalnie wybudowanymi tarasami, na których można podziwiać bezkresny widok parku Mocona, lasy, selva, koryto rzeki meandrującej pomiędzy zboczami. Widoki są tak piękne, że zapiera dech w piersiach. Najbardziej chyba zachwycające jest to, ze to taki niezmierzony, niekończący się widok lasów, aż po horyzont. Nie widać nigdzie nawet fragmentu miasta czy wioski, nie widać dymiących kominów (a propos szczytu klimatycznego w Katowicach…). PO prostu zieleń dookoła w różnych odcieniach. Jest wiosna, wiec wszystko żywe, nasycone, wybarwione. Po prostu cisza i spokój dookoła, którego można tylko samemu sobie zazdrościć…

Dojeżdżamy do wjazdu do wodospadów. Droga jest ślepa, po prostu dojeżdża się do punktu poboru opłat (na nasze szzescie nieczynny, nie pobierają kasy…) a póxńiej już do miejsca, gdzie kupujesz bilety na podpłynięcie łódką do wodospadów. Potem podjeżdżamy jeszcze dwa kilometry i już jesteśmy na miejscu, gdzie pakują nas do łódki, raczej ponton z silnikiem i podpływamy do wodospadów około tysiąca metrów. Nie mamy bardzo dużo szczęścia, bo jednak poziom wody jest niski. Pierwsze wodospady mają około 1,5 do dwóch metra. Przełamanie terenu jest dosyć duże.

47574651_340066733488896_4098146111808602112_n

Wodospady Mocona są piekne, kiedy jest bardzo niski poziom wody.

To nietypowe wodospady, bo jakby poprzeczne, wzdłuż rzeki. Rio Uruguay ma taką swoistą skazę geologiczną, gdzie uskok na rzece powoduje powstawanie poprzecznego wodospadu przy niskim poziomie wody. Dziś, kiedy to odwiedzamy wodospad poziom jest ledwo ledwo, ale i tak lepiej, nize Kidy jest bardzo wysoki poziom, bo wówczas po prostu tego wodospadu w ogóle nie ma, tylko całość, jedna tafla wody. Jedna powierzchnia.

Dziś troche widać. Dwa metry to już coś, chociaż przy suszy wodospady potrafią dochodzić do 8-9 metrów. Morał taki, że musimy tu wrócić… (kurcze, kiedy???)

treo

W łodzi jesteśmy sami z dwoma facetami z obsługi. Oczywiście okazuje się zę jeden z nich jest Polakiem (!) tak mówi oczywiście tylko, bo to potomek Polaka, który przyjechał tu bezpośrednio przed drugą wojną światową i ożenił już tutaj, z tego związku urodził mu się syn, który oczywiście ani słowa po polsku nie mówi (oprócz „dzień dobry”). Cudowne to jest, że ludzie się ożywiają i mówią ze są polakami, ale z tej polskości to nic, nic nie da się wyrzeźbić…

Nie zmienia to faktu, ze dzień jest uroczy, widoki piękne. Najwspanialsze jest to, ze nie ma tłumu turystów. Oprócz nas są dwie niewielkie wycieczki – jedna w autobusie, około 12 osób i druga w mikrobusie – 6 osób. Żyć nie umierać.

strrr

Po nasyceniu się widokami wodospadów idziemy coś zjeść do pobliskiej restauracji. Zbyt dużego wyboru nie ma, także tradycyjnej jemy pizzę i rozkoszujemy się pustką dookoła i zielonością natury. Zamawiam kawę. Pan kelner mówi, że nie ma ekspresu, tylko coś innego. Wchodzę w to w ciemno, po czym dostaję kawę w torebce ekspresowej i dzbanuszek z gorącą wodą. Mam silne podejrzenia, ze kawa jest zbożowa (Izabela pozdrawiam…) ale Krzysiek wącha i zaprzecza. W tej kwestii jednak on nie jest dla mnie autorytetem. Nie zmienia to fakturę kawę zalewam i wypijam. Trudno. Jakaś namiastka, jakiś substytut jest…

Wracamy już dookoła, cały czas po asfalcie. Najpierw drogą nr 2 dojeżdżamy do El Soberbio, potem do San Vicente i na 20.00 lądujemy w San Pedro. To był bardzo dobry dzień…

stronnn

Napisz do nas
Facebook
YouTube