Argentyna – sto dwudziesty pierwszy dzień wyprawy

Rano, po hotelowym śniadaniu ruszyliśmy do Cordoby. Śniadanie to oczywiście za dużo powiedziane, bo w polskich warunkach kawa i rogaliki to słabo. Ale w Argentynie, jak najbardziej, to jest właśnie śniadanie. Normalne.

Jedziemy. Mamy do przejechania dziś około 330 kilometrów. Jest ciepło, ale nie gorąco. Pogoda nam sprzyja. Ruch na drodze dosyć duży, od czasu do czasu pachnie wieżo skoszoną trawą, co wyraźnie czuć przez niewielkie otwory wentylacyjne w kasku. Zmienił nam się krajobraz ostatnio. Jest płasko, a drogi są przeważnie proste. Nie to co na drodze numer 3 w Patagonii, ale dziś na przykład jedziemy przez ogromny salar. Droga ciągnie się przez kilkadziesiąt kilometrów prosto, bez zakrętów.  W zasadzie nic się nie dzieje. Na trasie ruch spory, ale w miarę spokojnie dojeżdżamy do Cordoby.

 

W narastających korkach popołudniowego szczytu wjechaliśmy do miasta, pod pierwszy ze znalezionych dzień wcześnie hosteli. Tradycyjnie zostaję pilnować motorów, a żona idzie na zwiady.  Pierwszy hostel nie ma parkingu, dostaliśmy namiar na drugi, który jest stosunkowo drogi. Ale ma parking. W międzyczasie zaczepia mnie młoda para na małym skuterze i wykazuje zainteresowanie naszymi maszynami. Od słowa do słowa, mówią, że trzy minuty stąd w domu ich dziadka, mają pokój który mogą nam wynająć za 100 peso. Decydujemy się skorzystać z nadarzającej się okazji poznania miejscowej kultury i zawarcia nowej znajomości i podążamy za skuterem…  30 minut później jednak wracamy do drugiego hostelu, ponieważ proponowany  nam pokój okazał się daleko od centrum, parking na motocykle okazał się być w domu (!).  Pomimo uprzejmości i chęci pomocy tych ludzi, wróciliśmy do hotelu przy samym centrum. W Argentynie mieliśmy już okazję być gośćmi w domach tutejszej ludności, tym razem jednak się nie udało.

SONY DSC

Stawiamy motorki za bramę hostelu i idziemy na miasto się rozejrzeć i poszukać czegoś do jedzenia. Jadąc wcześniej ulicami miasta zauważyliśmy, że wiele ulic jest zamkniętych, z powodu wezbranej rzeki, która przepływa przez miasto. Jej nurt mocno uderza o filary mostu, którym przechodzimy. Wyraźnie widzimy jak przez studzienki wybija woda. Jest to wynik ostatnich opadów w pobliskich górach. Dziś w menu znowu nieśmiertelne spaghetti. Mamy w hostelu dostęp do kuchni i gotujemy.