aaaaa001

Ekwador – Dzień 469

Dzień czterysta sześćdziesiąty dziewiąty – 05.01.2020

Jutro wyjeżdżamy. Pakujemy się nieśpiesznie, Krzysztof poprawia drzwi, bo mechanizm zamka centralnego coś nie działa, nie łączy, wkurza i irytuje, bo ciągle pstryka w czasie jazdy. Więc naprawia. Obiad jemy dziś „w restauracji” jak mówi Tymon, idziemy razem z Beniaminem. Tym razem kurczak z frytkami, a wcześniej coś na kształt rosołu. Z zieloną cebulką. Od jutra się zacznie. Koniec domowych obiadków, brak dostępu do czteropalnikowej kuchni i piekarnika. Znowu będziemy jeść obiady „na mieście…”.  Niedziela. Jadę jeszcze do San Francisco, to mała wioska, jadę zobaczyć, jak wygląda kolejna wiejska kaplica, którą odwiedzają misjonarze. Tak jak tu, nigdzie wcześniej nie pożarły mnie małe muszki. Bolące i swędzące ukłucia. Na nogach jakby opuchlizna maleńkich rozmiarów i swędzenie przez 3 godziny. A potem ślady. Dramat.

Wieczorem Tymon robi dla nas chleb na jutrzejszy wyjazd. Z| Augustynem i Beniaminem raczymy się lekko limoncello. Zielona noc w Guayzimi..

aaaaa002

 ———————-