111. Alaska Highway O mile…

111 dzień wyprawy

Wstajemy w pochmurnościach. Dosyć późno, bo wczoraj tak się staraliśmy, by nie wleciał nam do auta żaden komar, a staliśmy w miejscu gdzie po prostu tony komarów były. Zamknęliśmy się w aucie i przez dwie, trzy godziny było ok., ale okazało się ze najprawdopodobniej jest jakaś nieszczelność w naszym defenderze. Pomimo, że sprawdziliśmy wszystkie okna i wloty powietrza, to jednak jakoś cztery komary dostały się do środka i atakowały nas w nocy. Także około północy zrobiliśmy polowanie. Potem rano podjechała do nas jakaś osobówka, jakaś kobieta z młodym chłopakiem. Coś chcieli, coś pytali, ale nas jakoś tak odstraszyli, że zebraliśmy się i pojechaliśmy. Zjedlismy po drodze śniadanie. Odkryliśmy w Kanadzie całkiem zjadliwy chleb, wobec tego dziś na poranny posiłek rozkoszujemy się chlebem z masłem i jajkiem na twardo.

W miarę sprawnie dojeżdżamy do Dawson Creek. To tu rozpoczyna się oficjalnie Alaska Highway. Droga, która w 1942 roku, została zbudowana przez amerykańskich żołnierzy, tuż po uderzeniu na Perl Harbor przez Japończyków. W 8 miesięcy żołnierze zrobili 2450 km drogi, która stała się głównym transportowym szlakiem do północnej Ameryki w czasie II wojny światowej.

Robimy kilkadziesiąt zdjęć, odwiedzamy visitor Center. Przemiła pani daje nam znowu pełno mapek. Ubolewam bardzo , ze nie mogę kupić koszulki i bluzy z napisem Dawson Creek 0 mile Alaska Highway, ale nie mogę mieć z każdego miejsca bluzy i koszulki, bo gdzie bym to zmieściła w niewielkich szafkach w Defenderku…. Tak przynajmniej sobie to racjonalizuje, bo przecież szkoda 55 CAD…

W Charlie Lake jemy obiad. Dziś ez szaleństw. Dojadamy wczorajsze pierogi. W opakowaniu było 30 sztuk, więc tak wystarcza na 1,5 porcji. Wobec tego tą porcję co została na dziś rozdzieliliśmy na nas dwoje, ale oczywiście głód nie został zaspokojony. Wobec tego zrobiliśmy jeszcze trzy sadzone jajka, zjedliśmy do tego chlebek z masełkiem i pojechaliśmy dalej.. Niestety trzeba jechać, bo jak się spojrzy na mapę i ilość km jaka jest przed nami, to nie ma to , tamto…

Dookoła nic tylko lasy, rzeki, trochę jezior, a tereny są mocno przemysłowe i wiele różnych firm prowadzi działalność, a w małych miejsowosciach , narawdę malutkich jakie mijamy, ustawionych jest na przykład z dwadzieścia baraków i tam pracownicy są „na delegacjach…”

Tuż za miejscowością Pink Montain zatrzymujemy się na niewielkiej Rest area. Tam spotykamy weterana amerykańskiego, który ma drobny problem z odblokowaniem zbiornika z dodatkowym paliwem. Złamał mu się kluczyk. Krzysztof oczywiście, jak MacGayver pomaga mu zwykłym śrubokrętem… Chłop patrzy na niego jak na cudotwórcę. Robię zdjęcia jego wehikułu, naprawdę jest na czym oko zawiesić, taki trójkołowiec z przyczepą…

Jedziemy dalej. Przed nami teoretycznie dziś jeszcze zaplanowane 120 km…

Kanadyjskie przestrzenie są najczęściej górzyste i pagórkowate i mocno zalesione. Jedziemy przez rejon, w którym dzika zwierzyna żyje obficie. Mieliśmy okazje dziś zobaczyć ponownie dwa niedźwiedzie brunatne. Pierwszy był bardzo blisko, stał na szerokim poboczu drogi. Drugi, zarzucił łbem jak zobaczył nas samochód. Skutecznie ostudziły nasze zapały dzikiego kempingowania. Co nie zmienia faktu, ze i turyści i mieszkańcy tych regionów żyją wspólnie z dziką zwierzyną.

A potem jeszcze zobaczyliśmy i  trzeciego i czwartego… niedźwiedzi tu bez liku…

18.06.2023