532 dzień wyprawy
Jak w każdy poniedziałek w Playas de Tijuana od samego rana rozstawiają swoje stoiska uliczni handlarze. Jak zawsze idę się przejść by zobaczyć co to ciekawego dziś wystawili. Znalazłam koszulkę z meksykańską wariacją Van Gogha, bardzo chciałam spróbować pyszne churros, ale sobie uświadomiłam, że one tylko ładnie wyglądają i słodko pachną. A smażone w głębokim tłuszczu są po prostu bardzo niezdrowe.


Namówiłam jednak sama siebie na tacos ale z czarnej kukurydzy i oczywiście z borrego, czyli z baraniną, a konkretniej to chyba jest mięso z głowy barana.. Chyba

Krzysiek też dostał dziś małą dyspensę i także tacas dostał Potem przyszedł Fausto, bezdomny który rezyduje niedaleko, z całą zgrają psów. Dziś jednego szczeniaka przyniósł do swojej sfory. Meksyk pod tym względem jest bezwzględny. Setki psów bezdomnych, bądź pół bezdomnych włóczy się po ulicach. To aż smutne. Głodne, brudne, zaniedbane, zapchlone.

Właśnie!. Zapchlone! ta zgraja psów, którą karmę (a Iwona kupuje karmę), sprzedała mi w ostatnim tygodniu jakieś drapieżne insekty pchłopodobne. Pogryzły mi nogi tak, że przez cały tydzień mam normalnie ranki, takie wybroczyny lekko napuchnięte miejsca i podbiegają wodą, albo limfą, nie wiem.. Po prostu dramat. Smaruję jakimś antyhistaminiowym lekiem. Trochę przechodzi.. Bez zdjęć… 🙂

12.08.2024
—————————–



