Argentyna – dziewięćdziesiąty trzeci dzień wyprawy

Dziś dzień długi, wyczerpujący i pełen wrażeń. A tak naprawdę wszystko zaczęło się od tych Kanadyjczyków, których spotkaliśmy na campingu. Jest to para zapalonych motocyklistów podróżników. Trzeba było widzieć ogniki w oczach Kanadyjczyka, kiedy mówił o tej wolności, jaką daje podróżowanie, zwłaszcza podróżowanie motocyklem. On już ma plan, by za miesiąc wrócić do Kanady uzbierać przez 10 miesięcy pieniędzy, a motocykle zostawić na przechowaniu w Montevideo. Urugwaj jako jedyny kraj w Ameryce Południowej daje pozwolenie wjazdu pojazdów cudzoziemców na rok.

SONY DSC

Zarażeni ich optymizmem i tą wielką pasją podróżowania motocyklem, wybraliśmy dziś drogę mało uczęszczaną. Zjechaliśmy z asfaltu na szutrowa drogę i pojechaliśmy zobaczyć dwa wulkany. Niestety już nieczynne…  to park narodowy El Tromen.

SONY DSC

Szutrem między dwoma wulkanami jechaliśmy raz szybciej, raz wolniej, droga wspinała się na wysokość ponad 2200 metrów nad poziomem morza. Po 40 kilometrach pięknych widoków, rozległych gór droga powoli zaczęła opadać w dół, zrobiło się dosyć stromo. Z górki na kamieniach jest nieco gorzej niż pod górę.Spotkała nas tez niespodzianka, musieliśmy przekraczać sporych rozmiarów strumień. Było ciekawie, ale daliśmy radę. Po 80 kilometrach znowu wjechaliśmy na asfalt, ale nie cieszyliśmy się nim za długo, bo po kolejnych 40 kilometrach znowu zaczął się szutrowy odcinek Ruty 40. Słońce wysoko, grzało dziś wyjątkowo mocno.

SONY DSC

Zatrzymaliśmy się przy Rio Colorado, zastanawialiśmy się chwilę nad pozostaniem na tym dzikim parkingu, ale odpuściliśmy. Jechaliśmy dalej, po jakimś czasie znowu zjeżdżaliśmy z góry, a po prawej stronie rozpościerała się piękna, ogromna, zielona i przestronna dolina rzeki Rio Grande. Mijaliśmy konie i osiołki, które pasły się na łąkach. Droga w dalszym ciągu bardzo mocno meandrowała. Cały czas w zasadzie kręciliśmy ósemki, a do tego jeszcze góra, dół. Opony się ładnie zetrą. Równomiernie…Szutrowa droga to ponad 80 kolejnych kilometrów, aż wreszcie dojechaliśmy do Bardas Blancas, na małej stacji zapytaliśmy o paliwo. A i owszem, jest, ale nie z dystrybutora, ale z beczki. Trochę przepłacamy, bo płacimy 12 peso za litr. Ale dobieramy tylko 10 litrów, po 5 na motor i ruszamy dalej.Wieczorem lądujemy na campingu 30 kilometrów przed Malarque. Szybkie rozłożenie namiotu, materacy, śpiworów, gotowanie makaronu z sosem pomidorowym (tylko to mamy w spiżarce) i kładziemy się zmęczeni spać. Słońce schowało się dosyć szybko, bo nocujemy dziś w kanionie, a dookoła nas bardzo wysokie skały.

SONY DSC

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.