Chile – dzień 113

Dzień sto trzynasty 14.01.2019

Rano budzimy się wyspani. Wschód słońca na plaży, czy może być coś lepszego? Musieliśmy otworzyć maskę, bo ciekł układ paliwowy. Po wymianie filtra partacze nie dokręcili śrubki od filta paliwa. Na szczęście Krzysztof zawsze na stanowisku, zawsze wszystko pod kontrolą.

IMG_1440

Sprawdził, dokręcił, działa. Znaczy nie cieknie.. Postanowiliśmy w Ancud kupić kartę Entela do Internetu, żebyśmy chociaż trochę mieli kontakt ze światem, ale wiadomo, że za dużo to nie możemy zrobić, bo 1 GB to zdecydowanie za mało. Na sam kontakt wystarczy, ,ale żeby uzupełniać stronę – bez szans.

IMG_1499

Robimy jeszcze małe zakupy, trochę czereśni, oczywiście ceviche (to surowa ryba (lub owoce morza) przygotowana w zalewie z cytryny, kolendry, trochę krojonej w małe kawałeczki czerwonej papryki i pewnie coś jeszcze..). Ceviche to mój numer jeden w Chiloe. I w całym Chile, tylko warto być nad morzem, żeby mieć cień szansy, że ryba jest z porannego połowu.

IMG_1465

Wyruszamy z Ancud w miarę wcześnie. Jedziemy do latarni morskiej Faro Corona. Droga piękna, malownicza, dookoła pagórki, mijamy zatokę Quetalmahue, później na Półwyspie de Lacuy z asfaltu zjeżdżamy na drogę żwirową i dojeżdżamy wreszcie do latarni. Jest niewysoka, ale położona na górze, także spełnia (spełniała) znakomicie swoje zadanie.

dav

Zaprojektował ją duński inżynier  Heinrich August Siemsen, podobnie jak jeszcze kilka innych w Chile. Tuż obok latarni widać lekko zakrzywiony o fantazyjnym kształcie wcięty w morze jakby niewielki półwysep Punta Guapacho.

IMG_1539

Można się zakochać w tym miejscu. Z półwyspu de Lacuy ruszamy do Caleta Punihuil. Wjeżdżamy tam na piękną plażę i jak skończeni turyści dajemy się namówić na 30 minutowy rejs łódką (razem z innymi turystami) by zobaczyć pingwiny, które zamieszkują pobliskie niewielkie wysepki. Oczywiście pingwinów jak na lekarstwo, czujemy się trochę wykorzystani, ale z drugiej strony, niewiele można było zrobić.

IMG_1579

Pingwiny mogły być i to mogła być naprawdę urocza i ciekawa wycieczka. A tak może tylko trochę urocza. Znowu człowiek był prawie na oceanie i miał ubraną kamizelkę ratunkową…

IMG_1558

Kolejny nasz punkt to mieścina Chepu, dla której słowo „mieścina” jest naprawdę dużym eufemizmem. Parę chatek, w charakterystycznym stylu Chiloe  – drewniane deszczułki lub drewniane gonty na ścianach. Z Chepu chcieliśmy dojechac do miejsca oznaczonego na mapce jako Muelle de la Luz (molo światła). Ale okazało się, że do mola można dopłynąć tylko łodzią (tak, trzeba ją wynająć i za to zapłacić).

IMG_1677

Wracamy do drogi nr 5 i z  niej zjeżdżamy na Quemchi, malowniczego miasteczka, gdzie poznajemy chilijskiego nauczyciela historii, który z żoną i dwójką przyjaciół podróżują amperem (busem przerobionym na kampera). Chwilę rozmawiamy wymieniając doświadczenia, po czym stajemy gdzieś na miejskim parkingu, z widokiem na morze i robimy kolację. Tradycyjnie dziś znowu spaghetti.

Po godzinie stwierdzamy, ze nie ma co tam stać, bo głośno, gwarno, i do niczego. Ruszamy dalej w stronę Dalcahue, ale już tam nie dojeżdżamy. Stajemy prze lokalnym kościółku i zasypiamy.

IMG_1701