Kolumbia – Dzień 773

Dzień trochę nerwowy, bo nie wiemy czego to od nas chcą w aduanie, czyli urzędzie celnym. Nie poddajemy się i rano czynimy trochę rutynowe zadania. Poranna kawa, potem lekcja hiszpańskiego, potem basen. Potem śniadanie i jedziemy do Aduany. Przemiły urzędnik, który bardzo sie denerwuje, aż mu ręce drżą, jak rozmawia z nami po angielsku. Notabene, aby wejść do urzędu w Kolumbii trzeba mieć długie spodnie. Ot, taka kultura, czy wymóg. Na szczęście mamy w samochodzie potrzebne odzienie, więc nie ma problemu.

Pan w Aduanie mówi, że zrobi dla nas wyjątek i postara się na jutro załatwić pozwolenie, tak byśmy mogli legalnie pojechać do Cartageny i nadać auto. To wszystko jest straszliwie dziwne, bo od miesięcy usiłujemy przedłużyć nasze pozwolenie na auto w Kolumbii i dostaliśmy dwa maile od kolumbijskiej aduany (urzędu celnego), zarówno z Bogoty, jak i z Ipiales, gdzie przekraczaliśmy granicę, że do końca listopada procedury są zawieszone. Ale podobno nie można jeździć bez tego pozwolenia. Także trochę skompikowane, ale może jutro się uda nam to uzyskać.

Po krótkie stosunkowo, wizycie w urzędzie celnym spotykamy się z Liną i Mirkiem. Przegadaliśmy dwie godziny. Krzyśka umysł aż parował, bo rozgadał się z Liną Marią, najpierw tłumaczył jej kapitalizm, potem socjalizm, potem małżeństwa by na końcu skończyć o poczuciu szczęścia. Och.. te rozmowy międzynarodami… 🙂

Z Mirkiem rozmawia się fantastycznie. Długo żeglował i żył na morzu, by później osiąść w Mince. Ciekawe życie. Można nawet powiedzieć, że inspirujące. A Lina – przeurocza. „Gentil”. Jaka szkoda, że tak późno się poznaliśmy…

Dzień siedemset siedemdziesiąty drugi – 04.11.2020

———————-