Argentyna – sto osiemdziesiąty drugi dzień wyprawy

SONY DSC

Dziś jest kolejny dzień naszego pobytu w Wandzie. Pomimo poprawy pogody nie pojechaliśmy dalej. Zostaliśmy ponownie zaproszeni do Libertad, tym razem na obiad. Po wczorajszej kolacji, która przeciągnęła się do późna przy miłej rozmowie liczyliśmy na więcej. Około południa ojciec Florenciusz zabiera nas i Teresę która skończyła lekcje języka polskiego w szkole do Libertad. A tam czekał już pyszny rosół, sałatka i pieczona argentyńska wołowina. Palce lizać. Po obiedzie Ojciec Florenciusz zabiera nas kilkanaście kilometrów za miasto. Jedziemy kawałek asfaltem, a potem skręcamy w boczną drogę. Czerwona lekko rozmięknięta ziemia przykleja się do wszystkiego. W niżej położonych odcinkach stoi woda, przez ostatnie kilka dni sporo padało. Dookoła ciągną się uprawy trzciny cukrowej, Widzimy dużo bananowców, drzew pomarańczowych i mandarynek. Duże i pomarańczowe owoce widoczne są wyraźnie. Zatrzymujemy się na kilka minut koło malutkiej szkoły na wsi.

SONY DSC

Na gliniastym boisku dzieci grają w piłkę, a w jednej z dwóch sal będą zaraz jakieś lekcje. Kilka kilometrów dalej dojeżdżamy do brzegów rzeki Parana. Po drugiej stronie jest już Urugwaj. Spotykamy znajomego Ojca Florenciusz który ma tu kawałek ziemi. Opowiada nam, że stan wody jest teraz wyjątkowo wysoki i nigdy takiego nie widział. Faktycznie koryto rzeki jest ogromne, a jej nurt szybki i widać jak przenosi konary drzew. Idziemy na mały „spacer” do dżungli. Pomimo, że dziś pogoda jest słoneczna, zaraz po wejściu do lasu otacza nas lekki mrok i mnóstwo komarów. Wilgotność powietrza jest ogromna. Idziemy wąską ścieżką wijącą się po zboczach pagórków. Co chwile musimy się schylać, albo przechodzić przez jakieś przeszkody. Kilka metrów od nas jest w niektórych miejscach sporo wody. Teren jest bardzo podmokły, a ziemi śliska i trzeba uważać przy każdym kroku. Kilkanaście minut takiego marszu w zupełności nam wystarcza. Z ulgą wychodzimy do drogi gruntowej gdzie jest więcej słońca i mniej komarów. Przed odjazdem jemy jeszcze pyszne mandarynki zerwane prosto z drzewa.

Owoce są bardzo dojrzałe, a ich zapach jest tak intensywny, że unosi się dookoła. Wracamy powoli do Libertad na plebanię, aby dokończyć pozostały pyszny rosół. A następnie około 17 mamy jeszcze okazję wybrać się z Ojciec Seweryn Do wioski Indian Guarani. Jedziemy tam zawieźć trochę materiałów do budowy domków drewnianych w których mieszkają. Pomimo, że niezbyt daleko od drogi, wioska jest jak mi się wydaje bardzo tradycyjna. Na lekko przerzedzonej polanie stoi kilkanaście chatek. Większość kryta liśćmi drzew, które nie chronią za bardzo podczas opadów deszczu. Wszystko umazane jest w czerwonej ziemi. Dookoła chodzą kury, a w jednej z chatek przez dziury w bambusowej ściance widać palące się ognisko. Stoimy tak jakiś czas i oglądamy z zaciekawieniem ten nie codzienny dla nas widok. Ludzie tu żyjący nie mają zbyt wiele. Mam mieszane uczucia, bo cywilizacja chyba za bardzo do nich nie dotarła. Dobrze to, czy źle… nie mnie oceniać.

Wieczór spędzamy w miłym towarzystwie Teresy i Darka. Rozmawiamy o polakach, emigracji, jedzeniu i wielu jeszcze innych ciekawych sprawach. Tak nam minął już piąty dzień w Wandzie…

Napisz do nas
Facebook
YouTube