Argentyna- pięćdziesiąty piąty dzień wyprawy

Kolejny dzień dziś wstajemy wcześnie rano. No, trochę przesadzam, nie jest tak wcześnie. Obudził nas szczebiot ptaków i szum rzeki. Spaliśmy na campingu w Rio Colorado, tuż przy rzece. Rano jajecznica i pakowanie. Cały czas teraz przez kilka dni mamy w planie spanie po jeden dzień na campingu. Oznacza to że i rano i wieczorem musimy się pakować i rozpakowywać. Trochę z tym zachodu, ale jakoś dajemy radę. Życie z motorami nie jest proste. To prawda, przyciągają wzrok i praktycznie w każdym miejscu gdzie się zatrzymujemy zawsze jest ktoś kto chce z nami pogadać. Podczas każdego postoju w kolejce po paliwo zagadują nas miejscowi mieszkańcy, ciekawi motocykli i nas.

wypoczynek w drodze
wypoczynek w drodze

Ruszamy i się okazało, że jest temporada alta (wysoki sezon), czyli ogromne kolejki na stacjach benzynowych i tylko jeden lub dwa czynne dystrybutory. To wszystko jakieś dziwne, ale już nie wnikamy. To jest tak trochę, że nie ma konkurencji. Po prostu trzeba przyjąć to co jest, trzydzieści lub czterdzieści minut odstać w kolejce na pełnym słońcu i ruszyć w drogę. Tym sposobem tracimy dwie godziny, bo mamy dwa tankowania – jedno w Rio Colorado, drugie w niewielkim miasteczku Gral Conesa.

SONY DSC

Po drodze zatrzymujemy się przy kapliczce, a w zasadzie przy dwóch sąsiadujących ze sobą miejscach, przy których Argentyńczycy oddają cześć (tak chyba można to ująć).  Pierwsze miejsce to kapliczka Gaucho Gila. Antonio Mamerto Gil Núñez, lepiej znany jako „Gauchito Gil ‚jest czczony jako mistyczny symbol odwagi w Argentynie. Jego historia zaczyna się w XIX wieku kiedy w rejonie Argentyny i Paragwaju toczyły się walki o wpływy różnych sił politycznych. Gaucho Gil wdał się w romans z wdową Estrella Díaz de Miraflores w mieście Pay Ubre, nie w smak było to jednak komisarzowi policji, który chciał się go pozbyć z miasta.

SONY DSC

Gaucho Gil uciekł więc do armii, gdzie wsławił się bohaterskimi czynami w walkach z grasującymi Paragwajczykami. Po powrocie do Pay Ubre Gaucho Gil stał się kimś w rodzaju naszego Janosika, który bogatym zabierał dawał biednym. W końcu został złapany, a kapitan policji, który był na niego cięty za ową wdowę, z którą romansował Gaucho Gil, brutalnie i niegodziwie (!) go powiesił, a uprzednio trochę poturbował. Gaucho Gil niejako rzucił na niego klątwę i powiedział, ze za ten niegodziwy postępek policjantowi zachoruje syn, ale wyzdrowieje, jeśli będzie się modlił za duszę Gaucho Gila. Po tych słowach wyzionął ducha. Jego przekleństwo się sprawdziło i od tego czasu wszędzie, szczególnie w Patagonii, Mendozie i   Santa Fe, widoczne są czerwone kapliczki. Są to ubogie, ceglane, niskie na nie więcej niż pół metra budowle, ozdobione czerwonymi flagami, świecami i komentarzami. Rozpoznawalny jest też bardzo wizerunek kudłatego Gaucho z czerwonym poncho i czerwoną chustą.

kapliczka Gauchito Gil
kapliczka Gauchito Gil

Dojeżdżamy do San Antonio Oeste i chcemy zanocować, ale jedyny camping jaki znaleźliśmy to drogie byleco. Robimy szybkie zakupy i przemieszczamy się w stronę Las Grutas, niewielkiej miejscowości troche dalej. Po kilku kilometrach od San Antonio Oeste znajdujemy camping Oasis. Szału nie ma, dużo ludzi, oddzielne boksy. Wszystko razem wygląda ok. Właściciele to starsi ludzie – Włoch i Angielka, która w krótkich zwięzłych słowach pokazuje miejsce biwakowania. Argentyńczycy chyba uwielbiają campingi, bo zwykle jest ich pełno i zwykle są to miejscowi, lub z niedalekiej okolicy.Jemy kolację, myjemy się i planujemy dalszą trasę. Jutro chcemy dojechać do Puerto Madryn, a jak będzie to zobaczymy, bo wiatr wszystko spowalnia. Jeśli ktoś mówił wam, ze w Argentynie, w Patagonii wieje, to mu nie wierzcie. Tu nie wieje. Tu wieje straszliwie! Od pięciuset kilometrów wieje. W zasadzie już dobre 100 kilometrów od Tres Arroyos wieje. I nie przestaje. Jak nie wieje z prawej, to z lewej. Jeśli na sekundę wiatr ustaje, to po to, by uderzyć z podwójną siłą za chwilę. Ale to zupełnie inny wiatr póki co, niż  u nas. To ciepły wiatr i dosyć silny. Nie da się jechać szybciej niż 100, 110 km na godzinę. Przynajmniej dla mnie, z pełnym ekwipunkiem.

oj...
oj…